
fot.: Marcin Pegaz/Gazeta Polska
Wszystko wskazuje na to, że o ile w wypadku katastrofy ATR-u mamy do czynienia z rzeczywistą analizą przyczyn wypadku lotniczego, o tyle badanie katastrofy rządowego Tu-154 było sprawą czysto polityczną, niemającą nic wspólnego z faktyczną próbą ustalenia przyczyn katastrofy – mówi redaktor miesięcznika „Lotnictwo”, Krzysztof Zalewski w rozmowie z dziennikarką „Codziennej” Olgą Alehno.
Z informacji opublikowanych przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) wiemy, że samolot pasażerski ATR-72 spadł 2 kwietnia br. z wysokości 210 m. Zginęło 31 osób, ale 12 pasażerów przeżyło. Jak udało się im uratować z katastrofy?
To zależy od wielu odmiennych czynników. Od tego, jakie przeciążenie działa na samolot, pod jakim kątem uderzy on w ziemię, w jakie podłoże, czy wybuchnie pożar. Czasami są to wydarzenia wręcz nieprawdopodobne. Ludzie wychodzą cało z sytuacji, z których, patrząc realnie, nie mieli prawa się uratować.
Jako jedną z możliwych przyczyn katastrofy ATR-72 podano oblodzenie samolotu. Media ujawniły, że załoga w ramach oszczędności przy temperaturze bliskiej zera zrezygnowała z odladzania maszyny na lotnisku w Tiumeniu. Koszt takiej operacji w przeliczeniu wynosił ok. 3 tys. zł, czyli nie była to zawrotna kwota. Czy piloci faktycznie mogli dla tych kilku tysięcy zaryzykować życie pasażerów?
Jak dowodzą fakty, bezpieczeństwo latania w Rosji stoi na bardzo niskim poziomie. Liczby wypadków lotniczych, do których dochodzi w przestrzeni powietrznej tego kraju, nie sposób porównać ze statystykami katastrof innych państw świata. Ich liczba jest po prostu zatrważająca. Abstrahując teraz od naszego Tu-154 M, chciałbym przywołać przykład katastrofy Jaka-42, w której 7 września ub.r. zginęła cała drużyna jednego z najlepszych rosyjskich klubów hokejowych Lokomotyw. Podobne przykłady można mnożyć.
Po wypadku samolotu ATR-72 MAK powołał zagranicznych ekspertów, których zaproszono do udziału w dochodzeniu przyczyn katastrofy. Jest to dla polskiego odbiorcy zagadka, ponieważ dobrze pamiętamy, że po katastrofie smoleńskiej do badań nad najważniejszymi dowodami dopuszczono wyłącznie ekspertów rosyjskich, nie było mowy o powołaniu niezależnych od MAK-u specjalistów np. amerykańskich. Skąd Pana zdaniem te podwójne standardy?
Do badania katastrofy ATR-72 zaproszono producenta samolotu włosko-francuskiego koncernu ATR i producenta silnika z Kanady oraz ekspertów z Wielkiej Brytanii. Udział Brytyjczyków wynika z tego, że firma, do której należał samolot, jest zarejestrowana w jednym z brytyjskich rajów podatkowych – na Bermudach. Tym zagranicznym specjalistom pozwolono aktywnie uczestniczyć w badaniu przyczyn katastrofy. Mogli zgłaszać wnioski, stawiać hipotezy oraz proponować rozwiązania, które są realizowane przez MAK. Zupełnie inaczej było w wypadku katastrofy smoleńskiej. Trzeba podkreślić, że Tu-154 był w znaczny sposób zmodernizowany i duża część jego wyposażenia elektronicznego i radionawigacyjnego była amerykańskiej produkcji. Jednak komisja MAK-u zwróciła się do producenta tych części jedynie z prośbą o pomoc w odczycie parametrów urządzeń samolotu. O przyjeździe amerykańskich specjalistów na miejsce zdarzenia nie było mowy. Udział Polaków, właścicieli samolotu, również został zminimalizowany. Wszystko wskazuje na to, że o ile w wypadku katastrofy ATR-u mamy do czynienia z rzeczywistą analizą przyczyn wypadku lotniczego, o tyle badanie katastrofy rządowego Tu-154 było sprawą czysto polityczną, niemającą nic wspólnego z faktyczną próbą ustalenia jej powodów.