W czwartek Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ogłosiła odejście z rządu Donalda Tuska i rezygnację z kierowania Polską 2050. Powodem było głosowanie nad zniesieniem dwukadencyjności w samorządach, za którym opowiadało się PSL i co poparło część członków koalicji rządzącej. Pełczyńska-Nałęcz, zwolenniczka utrzymania limitu, skrytykowała koalicjantów, zarzucając im, że działają „za politykierskimi układami”, a nie w interesie obywateli.
Więcej o swojej decyzji opowiedziała w piątek na antenie Polsat News. Obecny rząd nazwała "rządem marazmu". Stwierdziła też, że nie będzie wdawać się "w przepychanki", pytana o słowa premiera Donalda Tuska, który stwierdził, "że zanim odejdzie to zadzwoni chociaż i powie, że się znudziła ta praca". Nie szczędziła przy tym jednak złośliwości.
"Sugeruje, że powinnam była zadzwonić i powiedzieć "drogi Donaldzie, ponieważ właśnie co nieprawda nieskutecznie usiłowaliście wbrew woli ludzi przepchnąć ustawę, która znosiłaby dwukadencyjność, ponieważ niestety w Trybunale Konstytucyjnym jest zupełnie coś innego, czyli polityczność, ponieważ została zablokowana strategia rozwoju Polski i nie ma żadnego planu rozwojowego..."
– mówiła.
Polityk nie wyklucza startu w wyborach do Sejmu. - Jeżeli to będzie takie kandydowanie, które umożliwi realizację rzeczy, które uważam dzisiaj naprawdę za najważniejsze, bo po prostu takich ludzi, którzy idą do Sejmu, nic nie mogą, nie wiedzą po co są, ale po prostu jeżdżą sobie samochodami, takich jest na pęczki, z tego korzyści jest niewiele i służba publiczna to jest żadna - oznajmiła.
Pełczyńska Nałęcz zapytana również została o to, czy "to prawda, że wszyscy na tym rządzie są tacy zestresowani i się trochę kierownika boją". - To trzeba wszystkich pytać, ja się kiero... znaczy kierownika, dla mnie nie jest kierownikiem, partnerem do wspólnej pracy w rządzie, nie boję, nie boję i może nie jestem zbyt zastraszalna łatwo - stwierdziła.
Dopytywana jednak, czy "ma wrażenie, że byli inni trochę zahukani", odparła: "Byli [...] to chyba jest dosyć retoryczne pytanie".