Ustalenia śledztwa wyjaśniającego wydarzenia w szczecińskim szpitalu są porażające. Z relacji świadków, ludzi potrzebujących pilnej pomocy medycznej z powodu otyłości, wynika, że byli cynicznie wykorzystywani. Mieli do wyboru – długo czekać na operację (wielu nie mogło), albo płacić.
Cennik był z góry ustalony – 10 tys. złotych od osoby. – Bez takich wpłat okres oczekiwania wynosił około dwóch lat, a nawet więcej – wyjaśnia „Gazecie Polskiej” prokurator Marcin Lorenc z Prokuratury Regionalnej w Szczecinie. – W sytuacji tych osób często oznaczało to śmierć, bo ci ludzie nie mogli zwyczajnie oddychać, poruszać się, niektórzy pacjenci musieli spać w pozycji siedzącej, bo inaczej dusili się.
Prokuratura: Grodzki ustalił stawkę
Swego czasu Tomasz Grodzki, obecny senator Koalicji Obywatelskiej, był dyrektorem Specjalistycznego Szpitala im. prof. Alfreda Sokołowskiego w Szczecinie-Zdunowie. Natomiast Fundacja Pomocy Transplantologii powstała w 1994 roku, a Grodzki należał do grona jej założycieli. Później pojawił się pomysł przeprowadzania na oddziale chirurgii ogólnej i naczyniowej nowatorskich wówczas zabiegów leczenia otyłości metodą laparoskopową.
„Gdy około roku 2005 chirurg Krzysztof K. zasygnalizował Tomaszowi G. potrzebę wykonywania w szpitalu zabiegów bariatrycznych, uzyskał informację, iż jest to możliwe tylko pod warunkiem uzyskiwania od pacjentów korzyści majątkowej. W trakcie prowadzonych następnie rozmów Tomasz G. wskazał podmiot, który miał przyjmować wpłaty, tj. Fundację Pomocy Transplantologii, oraz wyznaczył wysokość wpłaty na 10.000 zł”
– ujawniła prokuratura. Ówczesny dyrektor miał też wydać Krzysztofowi K. polecenie, aby ten żądał od pacjentów ustalonej kwoty jako niezbędnej do wykonania zabiegu. Dlatego prokuratura nazwała Grodzkiego „pomysłodawcą i inicjatorem” praktyk, które w tym szpitalu były stosowane przez kilkanaście lat.
Także po 2015 roku, gdy Grodzki po raz pierwszy uzyskał mandat senatora.
Chirurg nie przyznał się, ale…
Gdy skandal wyszedł na jaw, sprawę badało Centralne Biuro Antykorupcyjne, a niedawno Prokuratura Regionalna w Szczecinie zakończyła śledztwo, kierując akt oskarżenia do sądu. Objętych nim zostało 30 osób. Główny oskarżony, czyli wspomniany chirurg Krzysztof K., wprawdzie nie przyznał się do popełnienia przestępstwa, czyli brania łapówek, ale równocześnie nie zaprzeczył, że pacjenci dokonywali wpłat na fundację. Potwierdził również, że ten pomysł wyszedł od Grodzkiego.
Na wszelki wypadek „Gazeta Polska” dopytała, czy Krzysztof K. domagał się od pacjentów wpłat na fundację za przyspieszenie terminu operacji. – Tak, to są jego wyjaśnienia, które zostały zaprotokołowane, zresztą w obecności jego obrońców – podkreśla prokurator Lorenc.
Jak chirurg to tłumaczył? – Bo takie polecenie otrzymał od ówczesnego dyrektora szpitala. Gdyby nie było wpłat, to nie mógłby prowadzić nowoczesnych metod leczenia – dodał.
Prokurator Lorenc zwraca uwagę, że suma 10 tys. zł nie była przeznaczona na koszt operacji, bo ta była refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia.
Na ławie oskarżonych zasiądą również m.in. dwaj lekarze, będący prezesami fundacji – wśród zarzutów im stawianych pojawia się nawet pranie pieniędzy. Proces będzie się toczyć przed Sądem Okręgowym w Szczecinie i niewątpliwie potrwa długo. W sprawie jest bowiem blisko 300 świadków do przesłuchania.
Ponad 2 miliony!
W szczecińskim szpitalu praktyka brania od pacjentów ogromnych sum trwała od początku 2008 do połowy 2019 roku. – Wpłat dokonało 217 osób – informuje Lorenc. Prosta kalkulacja – chodzi o kwotę znacznie przekraczającą 2 mln złotych! Jak te pieniądze zostały wykorzystane? – Duża część przeznaczona była na wpłaty na rzecz biura podróży, które następnie organizowało wyjazdy do często dalekich destynacji, jak Alaska, Australia, RPA, z których m.in. korzystał ówczesny dyrektor szpitala – relacjonuje prokurator. Ustalono również, że część wpłat pacjentów na rachunek fundacji finalnie była przekierowywana na prywatne konta lekarzy przeprowadzających operacje.
Ale bywało, że sytuacja materialna osób, które trafiały do szpitala kierowanego przez Grodzkiego i potrzebowały operacji bariatrycznej, nie pozwalała na wysupłanie 10 tys. złotych. – Pacjent, który nie miał pieniędzy albo nie chciał płacić, był informowany, że jest wpisany na listę, a jeżeli przyjdzie jego kolejka – i dożyje do tego czasu – zostanie o tym poinformowany – tłumaczy Lorenc.
Trzeba pamiętać, że złożenie propozycji korupcyjnej – nawet jeśli ktoś odmówi wręczenia łapówki – również jest przestępstwem.
Dramatyczne relacje chorych
Historie pacjentów są do siebie bardzo podobne. Każdy zmagał się z ogromną nadwagą, niekiedy już zagrażającą życiu, a na pewno utrudniającą normalne funkcjonowanie. Spora grupa miała choroby współistniejące. Większość potrzebowała pilnej pomocy. Dlatego gotowi byli na operacyjny zabieg.
Różnymi drogami docierali na prywatną wizytę do chirurga Krzysztofa K. Albo dowiadywali się o nim z internetu, albo lekarza rekomendowali jego wcześniejsi pacjenci. Pochodzili nie tylko z Pomorza Zachodniego, lecz także z innych regionów Polski, a nawet z zagranicy. Późniejsze wydarzenia były dość schematyczne – najpierw badanie i decyzja o zakwalifikowaniu do operacji, ale od razu informacja, że może się ona odbyć dopiero za kilka lat. Wtedy też padała propozycji wpłacenia 10 tys. zł na rzecz fundacji i wówczas termin miał być znacznie szybszy. Zazwyczaj po kilku miesiącach.
Jedni płacili, sięgając po oszczędności, a ci, którzy nie mieli gotówki, nierzadko zadłużali się u rodziny czy brali w bankach kredyty. Nie było bowiem taryfy ulgowej. Bez względu na stan zdrowia, sytuację materialną czy rodzinną – stawka 10 tys. zł obowiązywała wszystkich.
Dochodziło do skandalicznych sytuacji. Od niektórych pacjentów doktor K. miał żądać przed operacją okazania… potwierdzenia dokonania przelewu!
Jeśli robili to na ostatnią chwilę, to dokument musieli mieć przy sobie przy przyjmowaniu do szpitala.
Większość pacjentów była przekonana, że to zabiegi prywatne, stąd takie koszty. Nie wiedzieli o refundacji przez NFZ.
Nie przestali, gdy Grodzki został senatorem
Jak już wspomnieliśmy, taka sytuacja trwała do 2019 roku. Natomiast jesienią 2015 roku Grodzki, startując w wyborach do Senatu jako kandydat Platformy Obywatelskiej, po raz pierwszy uzyskał parlamentarny mandat. Czyli przez prawie całą IX kadencję Senatu, w szpitalu wcześniej kierowanym przez Grodzkiego w dalszym ciągu brano pieniądze od pacjentów. Niemal każdego miesiąca ktoś płacił lub słyszał propozycję przelewu na rzecz fundacji.
Czy w latach 2015–2019 senator uzyskiwał jakiekolwiek profity z tego tytułu? – Nie odpowiem na to pytanie, ponieważ pan Grodzki nie jest ani podejrzanym, ani oskarżonym – tłumaczy Lorenc, choć równocześnie przyznaje, że prokurator prowadzący sprawę chce mu postawić zarzuty. Nie może, bo senatora chroni immunitet. – Natomiast zebrane w sprawie materiały pozwalają na ustalenie, że sposób i pomysł żądania korzyści od pacjentów pochodził od ówczesnego dyrektora szpitala.
Pod parasolem immunitetu
Właśnie z powodu ochrony przez immunitet Grodzki nie został przesłuchany, nie usłyszał zarzutów, nie zasiądzie na ławie oskarżonych obok Krzysztofa K. Wprawdzie prokuratura złożyła wniosek o jego uchylenie, ale do Senatu wpłynął tuż przed październikowymi wyborami i nie został poddany głosowaniu. Teraz mamy już nową kadencję Senatu, a Grodzki po raz trzeci uzyskał mandat senatora. Czy w związku z tym konieczny będzie nowy wniosek? Prokurator Lorenc przyznaje, że ten wątek był rozważany pod kątem prawnym. – Wniosek złożony do Senatu jest ważny. Zmiana kadencji nie ma znaczenia dla rozstrzygnięcia, ponieważ w dalszym ciągu, w sposób nieprzerwany, chroni go immunitet. Gdyby obecna pani marszałek uznała, że jest inaczej i ze względów formalnych należałoby wniosek zmienić, uzupełnić – wówczas ma obowiązek przesłania swojego stanowiska do prokuratury – tłumaczy Lorenc.
Warto pamiętać, że prokuratura już jeden wniosek o uchylenie immunitetu Grodzkiemu złożyła. Chodzi o inne śledztwo w sprawie podejrzenia przyjmowania przez ówczesnego dyrektora szpitala korzyści majątkowych od pacjentów. W maju 2022 roku Senat jednak nie wyraził zgody na uchylenie immunitetu.
Obrona przez atak
Grodzki wielokrotnie był pytany o śledztwa i jego tłumaczenia od dawna są niezmienne. Odrzuca oskarżenia, atakuje prokuraturę, mówi o politycznej motywacji.
Podobną linię obrony kolegi przyjęli inni politycy koalicji rządowej. Niektórzy jednak przekraczają granicę absurdu. „Wiem, co w Szczecinie wszyscy o tym mówią, że rzeczywiście jest to »grubymi nićmi szyte«. Były tam takie przypadki, że za te różne zeznania podobno płacono. Jeżeliby tak było, to absolutny skandal. Myślę, że to trzeba zweryfikować” – stwierdził minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek.
Dziennikarz „Gazety Polskiej” skontaktował się z chirurgiem Krzysztofem K. Nie miał on jednak zbyt wiele do powiedzenia. – Jestem zdumiony tym telefonem. Jest pan pierwszym dziennikarzem, który do mnie zadzwonił. Proszę jednak kontaktować się z moimi obrońcami – stwierdził.