Praktycznie nie ma dnia, by nie dochodziły do nas informacje będące potwierdzeniem tezy o „zwijaniu Polski”. Tylko w ostatnich 72 godzinach dowiedzieliśmy się o tym, że Niemcy planują rozbudowę lotniska we Frankfurcie, by to przejmowało rekordową liczbę ładunków cargo. Oczywiście niebawem usłyszymy z ust rządzących, że w związku z tym polskie plany na budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego z poważnym komponentem cargo na pewno nie mają już sensu, więc „wicie, rozumicie” – niczym w serialu „Lombard” – trójport dla tanich linii to maks, co możemy wam dać.
Redukcja zakontraktowanych HIMARS-ów
Wczoraj z kolei pojawiła się informacja, że maleją szansę na zakup przez Polskę kilkuset śmiercionośnych wyrzutni HIMARS. „Zakup zapowiadanej liczby wyrzutni wydaje się coraz mniej realny” – podaje „Rzeczpospolita” i dodaje, że w konsekwencji liczba zamówionych zestawów HIMARS może zostać znacznie zredukowana – nawet do 126 sztuk.
Co to oznacza? Cóż, każdy, kto śledzi, jak przebiega wojna rosyjsko-ukraińska, wie, jak ważnym komponentem w obronie przed armią Putina są HIMARS-y. To potężna broń, do tego szalenie mobilna i stosunkowo łatwa w obsłudze. Gdy we wrześniu 2023 r. Mariusz Błaszczak, ówczesny minister obrony narodowej, ostatecznie zatwierdził umowę na pozyskanie 486 sztuk, świat międzynarodowych analityków wojskowych oraz komentatorów zajmujących się tą tematyką po raz kolejny uznał, że Polska poważnie podchodzi do kwestii rozbudowy swojego potencjału obronnego. Docelowo 500 HIMARS-ów zintegrowanych z pojazdami Jelcz i polskim systemem zarządzania walką miało być potężną tarczą i mieczem rozbudowywanej polskiej armii. – Wojsko Polskie będzie dysponowało łącznie ponad 500 egzemplarzami tego uzbrojenia w 28 dywizjonach – mówił wówczas cytowany przez „Polskę Zbrojną” szef MON podczas uroczystości na terenie Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu. – 500 wyrzutni HIMARS to liczba niezbędna do tego, aby zapewnić Polsce bezpieczeństwo – podkreślał. Jeśli tak jest, dlaczego więc dziś okraja się tę liczbę niemal czterokrotnie? Ano możliwe, że dlatego, by niemożliwe było to, o czym wówczas mówił Błaszczak: „W ciągu dwóch lat Polska będzie dysponowała najsilniejszą armią lądową, a jednym z jej najważniejszych komponentów będzie właśnie artyleria rakietowa”.
Wczoraj były szef MON za czasu rządów PiS napisał: „Kolejny kontrakt idzie do kosza. Ten rząd zaprzepaszcza historyczną szansę na to, aby w Polsce zbudować jedną z silniejszych armii w NATO. W niecały rok zrezygnowano z umów na czołgi K2, armatohaubice K9 i Krab. Teraz dochodzą HIMARS-y, czyli artyleria zdolna razić cele nawet na 300 km.
I tak każdego dnia. Tu likwidują, tam wycofują, gdzie indziej zwlekają i rozmywają. Jednocześnie w sferze narracyjnej propagandziści koalicji 13 grudnia i związany z nimi półświatek mediów III RP dbają o to, by prowadzić wobec swoich przeciwników politycznych, ale i wobec wszystkich Polaków strategię „tysiąca Wietnamów”. Polega ona na tym, by zasypywać przestrzeń informacyjną setkami mniej lub bardziej ważnych i poważnych spraw, które uderzają w opozycję, a przy tym elektryzują opinię publiczną. A do tego intensyfikować agresywne, mające ogniskować konflikty działania, jak wczorajsza, kolejna zadyma patologicznego środowiska zwolenników Tuska przy okazji miesięcznicy smoleńskiej na pl. Piłsudskiego i skandaliczne polecenie wydane stołecznej policji, by ta chroniła wieniec z napisem szkalującym pamięć śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Bezczelność z kontrasygnatą
W tym chaosie decyzje takie jak CPK czy 500 HIMARS-ów nikną po właśnie 48 godzinach przysypane wpisami Donalda Tuska albo krzykliwymi wystąpieniami jego akolitów. A kraj jest zwijany. W parze z tym idzie zwijanie i niszczenie instytucji państwa i jego podstaw ustrojowych. Czymże jest bowiem ignorowana przez Tuska i jego ludzi konstytucja i przepisy prawa, jeśli okazuje się, że Tusk z właściwą sobie bezczelnością oznajmia najpierw, że nie wiedział, co podpisuje, a następnie, że „wycofuje kontrasygnatę” pod nominacją sędziego Sądu Najwyższego Krzysztofa Wesołowskiego?
Tusk wie przecież doskonale, że opowiadając takie rzeczy, przyznaje się do przestępstwa niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień, o czym mówią nawet najbardziej oddani mu hunwejbini kazuistyki w typie prof. Marka Chmaja. On w rozmowie z portalem Prawo.pl powiedział: „Skoro premier podpisał akt prezydenta, to wziął na siebie odpowiedzialność za ten akt”. – Ja nie znam sytuacji, w której można by wycofać się z udzielonej już kontrasygnaty – dodał. Chmaj uważa także, że wprowadzenie procedury, która umożliwiałaby (premierowi) wycofanie się z kontrasygnaty oznaczałoby, że „akt prezydenta może być wycofany na każdym etapie, a to spowodowałoby chaos”.
Zresztą dziwaczne zachowanie Tuska podsumował Sąd Najwyższy: „Premier, kontrasygnując postanowienie Prezydenta, jedynie przyjął odpowiedzialność przed Parlamentem za ten akt. Postanowienie wraz z podpisem Prezydenta zostało przekazane Sądowi Najwyższemu oraz opublikowane w Monitorze Polskim i wywołało już skutki prawne” – czytamy w oświadczeniu. A może po prostu właśnie o ten chaos, mulenie wody i rozpętywanie burz chodzi? To oczywiście również preludium do kolejnych takich działań, o czym świadczą wczorajsze słowa samego Tuska, który niczym kieszonkowy dyktatorek oznajmił, że będzie „działać w kategoriach demokracji walczącej”. Cóż to oznacza? Ano „że prawdopodobnie nieraz popełnimy błędy lub podejmiemy działania, które według niektórych autorytetów prawnych mogą być nie do końca zgodne z literą prawa, ale nic nie zwalnia nas z obowiązku działania”. Tak, to już ten poziom bezczelności.
Jednocześnie władza karmi swoich największych zwolenników i przede wszystkim samą siebie obrazami własnej bezkarności i „monopolu na przemoc”. Czymże jest bowiem upokarzanie ks. Michała Olszewskiego, który na zdjęciach z policyjnego konwoju wygląda niczym więźniowie wschodnich reżimów? Wychudzony kapłan, co do winy którego są poważne wątpliwości, a o tak restrykcyjnym środku zapobiegawczym jak długotrwały areszt tymczasowy w ogóle nie powinno być mowy, widziany jest jako zmarniała postać, błogosławiąca obserwujących zakutym i w kajdanki dłońmi. To obrazy, jakich mieliśmy nadzieję nie obserwować w Polsce już nigdy, a wystarczyło kilka miesięcy rządów Tuska i jego ludzi, by „prywatni więźniowie” powrócili.
Po co „demokracja walcząca”
Bo takimi obrazami karmi się przede wszystkim sama władza, która przegląda się w ks. Olszewskim, w złamanej konstytucji, w rozwiązanych kontraktach i zawieszonych inwestycjach. I w poczuciu bezkarności napędza się do kolejnych destrukcyjnych działań.
Cel? Jest jeden: dorżnąć watahę i wygrać wybory prezydenckie. Wszystko po to, by od 2025 r. w sposób nieskrępowany i całkowicie jawny dokonać głębokich reform ustrojowych, w tym prawdopodobnie włączyć Polskę w proces federalizacji Europy, a na pewno głębokiego uzależnienia jej od Niemiec i podległych im de facto unijnych struktur. Będzie to oznaczało trwałą utratę suwerenności, a może i niepodległości. Nie można do tego dopuścić.
To dlatego obóz niepodległościowy musi zrozumieć, że wyrwanie się z narożnika, do którego zapędziła go w ostatnich miesiącach nawałnica polityczno-medialna, jest warunkiem przetrwania nie tylko środowiska politycznego, ale państwa polskiego w takiej formie, jaką znamy.
To dlatego konieczne jest działanie na kilku płaszczyznach: odejście od ciągłego reagowania na to, co robi władza. Narzucenie własnej narracji w mediach społecznościowych, ale i „w terenie”, porozumiewanie się ponad mediami III RP, zejście do najniższego szczebla, wyjście do ludzi. Do tego odbudowa wiarygodności i przekonanie wyborców o zdolności nie tylko do zwycięstwa, ale i trwałej zmiany, również swoich złych nawyków, i rozliczenie się z nich.
O tym, że ludzie są gotowi do współpracy, świadczą rekordowe wpłaty po skandalicznej decyzji o odebraniu PiS subwencji. Polscy patrioci są w pogotowiu i wciąż czekają na sygnał. Nie może to być jednak wystrzał z kapiszona, a dźwięk rogu i wici puszczone po zaściankach. Taką okazją będzie oczywiście ogłoszenie kandydata na prezydenta i konsolidacja wokół kampanii, uzupełnione jednak o to, co powyżej – o zapowiedź i plan wyjścia poza horyzont, zawężony Polakom przez Tuska i jego inżynierów.
Czas jednak ucieka. Jeśli polityczna reprezentacja obozu niepodległościowego go straci, będzie współwinna wszystkiemu, co się wydarzy.