Gdy po zakupach na targowisku idzie się do tego czy innego niemieckiego marketu, w człowieku uruchamia się wewnętrzny sprzeciw. Za pomidory, które na targu kupowałem przed 15 minutami po 10 zł za kg, w sklepie zapłaci się 25 zł. Takich, jakie kupiłem za 13 zł, w ofercie molochów w ogóle nie ma. Najpewniej dlatego, że musiałyby kosztować tyle, co stek z tuńczyka wyłowionego w Oceanie Spokojnym. Inne warzywa na stoisku pod dachem wyglądają co najmniej na niedorobione. Myślę, że nawet powinno się je inaczej nazywać, bo przypominają odrębny gatunek. Charakterystyka supermarketowej odmiany byłaby taka, że jest to produkt dwa razy mniejszy i wizualnie odpychający.
Taki, po który sięgasz, gdy już nie masz niczego innego do wyboru. No i oczywiście dwa razy droższy. Smutna refleksja jest taka, że stało się to, przed czym każdy, kto miał rozum, ostrzegał przed dwoma dekadami. Tanie supermarkety z zagranicy najpierw skolonizują rynek w Polsce, zniszczą konkurencję, a następnie przestaną być tanie i zaczną dyktować ceny takie, jakie im się podobają. Nie wiem, czy jest możliwość, aby wyjąć głowę spod tego topora. Możliwe, że mleko się już rozlało, a my będziemy musieli płakać i płacić. Stare obiegowe stwierdzenie mówi, że lepszy mały handelek niż duży szpadelek. Po niemal dwóch dekadach w Unii Europejskiej widać, kto znał to przysłowie i zastosował je w praktyce. Trzeba się przyglądać temu, co dalej projektowane jest w Brukseli, bo metoda „na supermarkety” jest przenoszona na kolejne branże. Polak ze szpadelkiem to nadal wymarzona wizja Europy.