Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
,Wojciech Mucha
28.08.2025 13:00

Zabrze to początek politycznego tsunami

Poprzedzone referendum przyspieszone wybory w Zabrzu to sygnał, że wywodzący się ze środowiska koalicji 13 grudnia prezydenci miast mogą czuć się poważnie zagrożeni. W obliczu chronicznej niewydolności rządu Donalda Tuska i rosnącej niechęci do niego rośnie frustracja w regionach, gdzie rządzą „jego” prezydenci. Mieszkańcy zarządzanych przez Platformę Obywatelską miast widzą bowiem nie tylko to, że obietnice, z którymi na ustach szli do wyborów namaszczeni przez partię kandydaci, nie mają szans na realizację, ale też że miejskie struktury coraz częściej stają się siedliskiem patologii, a w najlepszym razie przechowalnią dla partyjnych krewnych i znajomych.

Wybory samorządowe w 2024 r. były zdominowane emocjami, które doprowadziły kilka miesięcy wcześniej do odsunięcia od władzy Zjednoczonej Prawicy. Wówczas, na początku kwietnia ub.r., minął przecież ledwo ponad kwartał od zawiązania się koalicji 13 grudnia, a rząd Tuska zdawał się być w ofensywie – trwał uskrzydlający najtwardszych zwolenników PO proces rzekomych „rozliczeń”, w Sejmie wciąż królowała propaganda spod znaku „Sejmflixa” z Szymonem Hołownią na czele, a szeroko pojęta prawica znajdowała się w defensywie. System wydawał się domykać. To tamte emocje sprawiły, że lokalni bonzowie PO i jej przystawek byli w stanie – choć miejscami nie bez problemów – zagospodarować rozbuchane oczekiwania swoich wyborców i wygrać, przekonując, że na współpracy z rządem są w stanie zbudować dobrobyt mniejszych i większych miast. 

Nic nie kapie

Ta propaganda zadziałała. I nie jest tajemnicą, że w dużych miastach większość wyborców to w istocie elektorat lewicowo-liberalny, ale podobne emocje i przekonanie o „skapywaniu” owoców władzy udzieliły się także wielu mniejszym ośrodkom. Na palcach jednej ręki można wyliczać te miasta, w których prawica zwyciężyła lub utrzymała stan posiadania. 

„Logo Koalicji Obywatelskiej miała za sobą niemal połowa tryumfatorów w lokalnych wyborach na prezydentów miast. PiS musi zadowolić się w tym wyścigu wynikiem gorszym nawet niż Lewica” – podawał Business Insider. Od ubiegłego roku, a w zasadzie od grudnia 2023 r., sytuacja KO mocno się jednak skomplikowała. Kolejne niezrealizowane obietnice rządu, cięcia budżetowe i brak obiecywanych już nie tylko „stu konkretów”, ale jakiegokolwiek polepszenia koniunktury rozpaliły pod rządem Tuska ogień, który zapłonął z pełną mocą wraz ze zwycięstwem Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich. Siłą rzeczy te wydarzenia musiały wybrzmieć także w Polsce lokalnej, gdzie okazało się, że niewiele „skapuje” z pogrążającego się w deficycie budżetu, a obiecywane jak manna z nieba „środki z KPO” są albo przeznaczane na niewidoczne dla przeciętnego Kowalskiego projekty o wcale nie dziejowym znaczeniu, albo – jak w przypadku dotacji na branże hotelowo-restauracyjną i kulturę – trafiają do przedstawicieli zblatowanych z lokalną władzą elit politycznych i finansowych. I choć nie należy spodziewać się rychłych zmian w tak „zabetonowanych” twierdzach PO jak Gdańsk, Poznań czy Warszawa, to wiatr zmian wieje już na ulicach mniejszych miast.

Zabrze wzięte. Kto następny?

Przykładem może być Zabrze, gdzie w ubiegłym tygodniu w przyspieszonych wyborach wygrał wywodzący się z ruchów miejskich niezrzeszony radny Kamil Żbikowski. Zwyciężył on z ustanowioną jako komisarz, popieraną przez KO Ewą Weber. Weber pojawiła się po odwołaniu po zaledwie kilkunastu miesiącach wywodzącej się z SLD, ale przefarbowanej na KO Agnieszki Rupniewskiej. Jej nierokujące na poprawę w mieście rządy poskutkowały błyskawiczną akcją referendalną i w konsekwencji zwycięstwem Żbikowskiego, wspieranego przez całość opozycji. To tym bardziej zaskakujące, że tego raczej lewicowego kandydata poparli ludzie nie tylko z PiS, ale nawet od… Grzegorza Brauna. 

To zresztą tylko pozornie zaskakujące. Tego typu sojusze w miastach są coraz częstsze. Okazuje się bowiem, że w przeciwieństwie do centralnej polityki coraz częściej górę bierze świadomość dobra wspólnego. A także tego, czym są rządy pomniejszych kacyków namaszczonych przez Tuska lub lokalnych bonzów partii władzy. Niemal powszechnie mówi się więc, że zabrzańska porażka Platformy może zwiastować kolejne tego typu przypadki, nie tylko w pomniejszych miastach. Głośno jest np. o tym, że w Gliwicach, gdzie po ubiegłorocznych wyborach prezydenturę objęła Katarzyna Kuczyńska-Budka, prywatnie żona Borysa Budki, też pobrzmiewa echo zmiany. Ale na tym nie koniec.

Szczególnie interesująca jest bowiem sytuacja w Krakowie. Tu po 22 latach rządów prof. Jacka Majchrowskiego od ub.r. prezydentem jest wywodzący się z lokalnego biznesu branży HoReCa polityk PO Aleksander Miszalski, który po wyjątkowo brutalnej i nieuczciwej kampanii, w którą zaangażowani byli m.in. specjaliści od czarnego PR spod znaku Soku z Buraka oraz potężni deweloperzy, pokonał mającego podobne korzenie, choć od lat skupionego w środowisku ruchów miejskich obywatelskiego kandydata Łukasza Gibałę stosunkowo niewielką liczbą głosów – 5,5 tys.

Miszalski w kampanii jak mało który kandydat zwracał uwagę na swoje „doskonałe kontakty” z kierownictwem PO, w tym z samym Donaldem Tuskiem i wywodzącym się z Krakowa ministrem finansów Andrzejem Domańskim, przekonując, że będzie to oznaczało dla Krakowa „nowy złoty wiek”. Niewiele z tego stało się faktem, bowiem deficyt rośnie, a miasto jest zadłużone na blisko 7 mld zł, co stawia je na pierwszym miejscu niechlubnego rankingu. Pod znakiem zapytania stoją obietnice, z flagowym „wbiciem pierwszej łopaty pod budowę metra”, a opłaty rosną. Jednocześnie mnożą się sygnały o kumoterstwie, zatrudnianiu bliskich znajomych z otoczenia Miszalskiego na miejskich posadach, a sam prezydent miasta zajmuje się kompromitującą autopromocją w mediach społecznościowych. 

Oni już wiedzą

To dlatego niemal pewne jest, że akcja referendalna w Krakowie nabierze tempa już po wakacjach. Mają w nią być zaangażowane najróżniejsze środowiska, podobnie jak w Zabrzu świadome tego, że miasto nie może zmieniać się w żerowisko dla Platformy Obywatelskiej. I choć sukces tego przedsięwzięcia jest niepewny, niechęć do ludzi Tuska jest praktycznie powszechna. Wie o tym zresztą sam Miszalski, który po niedzielnej porażce w Zabrzu już następnego dnia rano zameldował się w zaprzyjaźnionym „Radiu Kraków w Likwidacji”, gdzie mało skutecznie przekonywał: „Wiem, że zdarzają się błędy, że nie wszystko idzie po mojej myśli, ale nie ma konkretnego powodu, dla którego można by odwołać prezydenta Krakowa”. Jak można sądzić po komentarzach mieszkańców, są oni raczej innego zdania. 

Cała sprawa jest interesująca z jeszcze innego powodu. Te lokalne, miejskie „sojusze przeciw PO” pokazują, że nie jest prawdą, jakoby prawica była objęta jakimś kordonem sanitarnym. Coraz częściej jej politycy przełamują środowiskowe uprzedzenia i zdają się zyskiwać sympatię mieszkańców. Nie jest to jeszcze zaufanie na miarę zwycięstwa, ale pokazuje ono zdolność do rozumienia tego, kim są i jak rozumują mieszkańcy, wczucia we wrażliwość i przełamania wieloletniej niemocy skutkującej lewicowo-liberalną hegemonią. 

Wiele wskazuje więc na to, że sytuacja w samorządach zaczyna się zmieniać. Rzecz w najbliższych miesiącach może przyspieszyć. Jak wynika z analiz Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, Polacy garną się do referendów. „W najnowszym badaniu po raz drugi zapytaliśmy Polaków, czy wzięliby udział w referendum odwoławczym w swojej gminie lub mieście. Wyniki pokazują większą chęć udziału niż w lutym 2025 r. – wtedy deklarowało ją 52,81 proc. badanych, obecnie już 61,27 proc.” – czytamy w serwisie X. To ważne, bo okazuje się, że metoda „uroczystego unieważnienia” takich prób walki z nieudolną władzą jak namawianie do bojkotów może już nie zadziałać. 

Reklama