Wtedy w Polsce zajęci byliśmy różnymi ciekawymi rzeczami. Przeważnie kłóciliśmy się o to, w jaki sposób organizować wybory. Poczta Polska drukowała karty. Później je mełła. Śledczy z opozycji rozliczali. Ogólnie zajmowaliśmy się sami sobą, a inni meblowali nam rzeczywistość. Dzisiaj wielkie oburzenie. Szczególnie atakowany jest premier Mateusz Morawiecki, który to mógł wetować, ale nie użył tego nadzwyczajnego mechanizmu w grudniu. Teoretycznie to prawda, ale tylko wtedy, gdy uznamy, że rzeczywistość jest prosta jak cep. Niestety obstawiam, że w 2020 roku droga na zwarcie z UE oznaczałaby powtarzanie zaklęć o wypychaniu nas z UE. Kto wie, czy nie mielibyśmy Warszawy w Pałacu Prezydenckim. Jak by się to skończyło, to chyba każdy z Państwa już wie. To jednak historia alternatywna. Nie zdarzyła się, więc tym bardziej krytycy premiera mogą mieć używanie. Nadal jednak nie prowadzi nas to do rozwiązania prawdziwego problemu i wniosku, jaki powinniśmy wyciągnąć. Patologiczny spór polityczny wiedzie do tego, że nie jesteśmy skuteczni w rozgrywkach z Unią Europejską. Dodatkowo jedna strona sceny politycznej używa swoich znajomości, aby rządowi wprost szkodzić. Albo zmienimy swój narodowy sposób myślenia i będziemy wybierać polityków, którzy chcą realizować polskie interesy, albo będziemy nadal pełnić funkcję kelnera.
Wyciągnąć wnioski
Wreszcie w Polsce zaczęło głośniej mówić się o „Fit for 55” i wpływie różnych unijnych pomysłów na nasze życie. Lepiej późno niż wcale, ale w sumie dyskusja jest spóźniona o jakieś 3 lata. Wszystko bowiem rozstrzygało się tak naprawdę w czerwcu 2020 roku. Bo wtedy podjęto polityczną decyzję dotyczącą zaostrzenia ambicji w redukowaniu emisji CO₂ do atmosfery.