Przypomnijmy, formalnie wojna koreańska (1950–1953) wciąż trwa, obie Koree nie podpisały bowiem traktatu pokojowego. Obowiązuje jednak rozejm na linii rozgraniczenia. Ten pokój gwarantuje nie tylko swoim autorytetem ONZ, ale jest też strzeżony przez silną armię południowokoreańską oraz ogromną obecność militarną USA w Korei Płd. i wokół niej. A co USA mają w tej kwestii do zaproponowania Ukrainie? Otóż chcą, żeby to Europejczycy wysłali wojska do pilnowania rozejmu na linii rozgraniczenia. Europejczycy nie mówią „nie” – aktywna jest zwłaszcza Francja – ale byłoby to bardzo kosztowne. Jeśli taka operacja miałaby trwać długo, jak w Korei, to musiałyby zaangażować się wojska Stanów Zjednoczonych. Tymczasem Amerykanie do tej pory nawet nie gwarantowali wzmocnienia armii ukraińskiej, by była równie silna jak południowokoreańska. Dlatego mówienie o „wariancie koreańskim” to na razie czcza gadanina. Pytanie, czy Trump okaże się tak silnym przywódcą, jakim był w przeszłości Ronald Reagan.
Autor jest dziennikarzem TV Biełsat