Gdy we wtorek ok. godz. 18 rzecznik rządu Piotr Müeller poinformował o nadzwyczajnych konsultacjach Rady Ministrów, wiadomo było, że nie chodzi o zwykłe zdarzenie na polu krajowej polityki. Nastąpiło to ponad dwie godziny od pierwszych doniesień lokalnych mediów, że na terenie powiatu hrubieszowskiego doszło do pożaru. Rzecznik rządu prosił media o to, by nie podawały nieprawdziwych lub niewiarygodnych informacji i poczekały na oficjalne ustalenia. Pierwsze z nich pojawiły się cztery godziny później – szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacek Siewiera wystąpił na briefingu z Müellerem i potwierdził nieoficjalne informacje o eksplozji w Przewodowie w powiecie hrubieszowskim oraz o śmierci dwóch polskich obywateli. Nie podał wtedy jeszcze, skąd nadleciała zabójcza rakieta. Cztery godziny media czekały na informacje w sprawie wagi państwowej, która mogła zaważyć o bezpieczeństwie kraju.
Najpierw fakty i chronologia
W tym samym czasie, gdy rząd konsultował działania po dramacie na Lubelszczyźnie z sojusznikami z NATO, amerykańska agencja Associated Press, powołując się na źródła w wywiadzie Stanów Zjednoczonych, ogłosiła, że na terytorium Polski doszło do wybuchu dwóch rakiet. W dyskusji nad polityką informacyjną rządu 15 listopada cały czas pada argument z ust polityków opozycji i antypisowskich publicystów, jakoby nasze władze zostały wyręczone przez media za oceanem. Co by się jednak stało, gdyby rzecznik rządu przekazał pierwsze, niepewne ustalenia, pokrywające się z depeszą AP? Kolejna, nieuprawniona teza brzmi: najpierw głos zabrał prezydent USA Joe Biden, dopiero później polscy przywódcy. I to nie jest prawdą.
Konferencje premiera i prezydenta odbyły się po północy w nocy z 15 na 16 listopada. Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda wskazali na podstawie wstępnych badań ekspertów, że w Przewodowie eksplodowała rakieta pochodząca z ukraińskiego systemu obrony przeciwlotniczej. Dopiero kilka godzin później przebywający na Bali Joe Biden ocenił pierwszy raz w rozmowie z dziennikarzami, że to „mało prawdopodobne, by Rosja wystrzeliła pocisk”. A to, co prezydent Stanów Zjednoczonych miał przekazać liderom G7 w Indonezji na temat wybuchu w Przewodowie, referowała… agencja AP, a nie Biały Dom. Czy któryś z dziennikarzy krytykował Bidena za to, że nie opowiedział na konferencji prasowej, co się stało na wschodniej flance NATO, a jego przekaźnikiem są media?
Oczywiście, że nie. W USA uznano, że sytuacja jest zbyt poważna z racji potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa Zachodu i Paktu Północnoatlantyckiego, by tworzyć z niej okazję do politycznej awantury. Inaczej niż u nas, gdzie na Twitterze trwał w najlepsze festiwal wpadek i analiz, niemających nic wspólnego z rzeczywistością. W tym samym czasie trwały zaawansowane konsultacje polskiego rządu z Waszyngtonem i innymi kluczowymi partnerami w Sojuszu, za które zresztą Warszawa była chwalona przez inne stolice.
Wstydliwy odruch Pawłowa
Przed szereg musiał wyjść mecenas Roman Giertych, który od początku inwazji kłamie, że rząd PiS dogadał się z Władimirem Putinem i Viktorem Orbánem ws. podziału Ukrainy. Nie trzeba dodawać, że to główna teoria spiskowa rosyjskich tub propagandowych, suflowana w tamtejszych mediach państwowych. „Dzisiaj wyszło pięć informacji o kolejnych kradzieżach zorganizowanych przez PiS. Coś musieli wymyślić” – wypalił, po czym usunął swój wpis. Giertych napisał to, gdy nie ostygły jeszcze szczątki rakiety w Przewodowie i gdy już wiadomo było o dwóch śmiertelnych ofiarach.
W odmęty szaleństwa wpadł Tomasz Lis. – Wiadomo, że w celu przykrycia kolejnych informacji o swoim złodziejstwie zdecydują się na coś oryginalnego i drastycznego – przekonywał, po czym – miejmy nadzieję, paląc się ze wstydu – również skasował tweet.
Po głupawych „analizach” politycznych przyszła pora na eksperckie. I tak Jarosław Wolski, cywilny analityk zajmujący się sprawami obronności i wojskowości, po 24 lutego coraz bardziej dryfujący w stronę influencera dla „lajków”, stwierdził z pewnością siebie, że dostarczenie Ukrainie F-16 to już oczywistość. – Opcje są tylko dwie: „zabłąkany” rosyjski pocisk cruise albo pocisk ukraińskiej OPL, któremu nie zadziałał samolikwidator. Obie możliwości są tak samo prawdopodobne, niemniej charakter krateru i brak poszatkowania ciągnika i przyczepy odłamkami wskazuje na nr 1 – podkreślał. Gdy coraz więcej informacji wskazywało na błąd strony ukraińskiej, wpis… bingo, usunął. Jarosław Wolski po eksplozji na moście Krymskim z równie wielką pewnością siebie wysnuł wniosek, że sabotażu dokonał ukraiński samobójca w ciężarówce. Los krótkiej analizy był dokładnie taki sam jak komentarza na temat Przewodowa.
Łukasz Warzecha, który od początku kieruje się „realistycznymi” poglądami na temat wojny i uważa, że powinniśmy podążać ścieżką węgierską w tej kwestii, na gorąco komentował, że eksplozja pocisku w Polsce oznacza ni mniej, ni więcej siłę Rosji, której in gremio nie doceniamy. Poza tym, „jeśli mieliśmy do czynienia z atakiem na Polskę, to jest to wprost konsekwencja naszej postawy. To chyba wciąż do wielu nie dociera” – argumentował. Czas brutalnie zweryfikował stwierdzenia publicysty – tym bardziej smutne, że to publicysta niewątpliwie przenikliwy oraz chętnie czytany i słuchany. Po ogłoszeniu pierwszych ustaleń Warzecha domagał się przeprosin i pytał o odszkodowania od Kijowa dla ofiar i polskiego państwa. Tym samym zaserwował sprytny sposób analizowania rzeczywistości, nie czekając na jakiekolwiek podstawy dla swoich twierdzeń: niezależnie od tego, co się wydarzyło, i tak mam rację.
Mogli wywołać panikę
Marcin Wyrwał z Onetu niemal od początku inwazji co jakiś czas straszy opinię publiczną, że Ukraina przegrywa wojnę. Tymczasem armia ukraińska odbiła ogromną część wschodnich i południowych połaci na czele z obwodem charkowskim i Chersoniem. Tym razem, gdy jeszcze nic nie było wiadomo o przyczynach eksplozji w Przewodowie, Wyrwał orzekł jednoznacznie: NATO zostało przetestowane, obrona przeciwlotnicza na wschodniej flance „leży”. – I Rosjanie o tym wiedzą – dodał. Dziennikarza Onetu natychmiast poprawiali znawcy tematu, wskazując, że nie ma takiej obrony, która zadziała na terenie całego kraju, a systemy przeciwrakietowe służą ochronie newralgicznej infrastruktury, a nie każdego pola kukurydzy tuż przy granicy. Obawiam się, że był to daremny trud.
Z kolei Mariusz Gierszewski z Radia Zet do swojej relacji na Twitterze dodał budzące grozę informacje, obwieszczając, że po incydencie w Przewodowie uruchomiono samoloty wojskowe z bazy pod Tomaszowem Lubelskim. Mazowiecki a Lubelski – w czym różnica, to „jedynie” 300 km, prawda?
Z kolei chwile kryzysu i śmierć dwóch Polaków to dla korespondenta RMF FM Pawła Żuchowskiego najwyraźniej odpowiednie powody do podbudowania swojego ego. – Prezydent Joe Biden zaoferował Polsce pełne wsparcie w śledztwie. Oto komunikat, jaki otrzymałem z Białego Domu po rozmowie prezydentów Dudy oraz Bidena – zaprezentował fragment z newslettera, którego prawdopodobnie otrzymuje na skrzynkę pocztową jako dziennikarz bywający na konferencjach prezydenta USA i amerykańskich oficjeli. A warto dodać, że komunikat o rozmowie prezydentów Polski i USA został już kilka minut wcześniej zamieszczony na oficjalnych kanałach Stanów Zjednoczonych. Ale Żuchowski go „otrzymał” i to „z Białego Domu”. Reszta dziennikarzy i zwykłych internautów nie dostąpiła tego zaszczytu.
Na tle wielu wypowiedzi, z których te Giertycha i Lisa wydają się zwyczajnie najgłupsze, Donald Tusk zachował się na miarę powagi sytuacji. W pierwszej chwili zaapelował o jedność i spokój. Nawet on, polityk z krwi i kości, który wykorzystuje niemal każde zdarzenie, by uderzyć w oponentów, zachował się odpowiedzialnie.
A to wiele mówi o ogromnej części dziennikarzy i o tym, w którą stronę niebezpiecznie zmierza Twitter. Jeśli, nie daj Boże, wojna rozleje się na inne kraje – w tym Polskę – to medium społecznościowe stanie się niebezpiecznym narzędziem dezinformacji i siania paniki, o ile środowisko medialne w końcu nie oprzytomnieje. Czas na to najwyższy.