To oczywiście ambitne wyzwanie, nie mogę się jednak powstrzymać od myśli, że to również całkowicie nierealny plan. Nie mogę się też pozbyć wrażenia, że to całkowicie bez sensu i trochę przypomina mi moje sprzątanie, gdy za chwilę mają wpaść goście. Zwykle wtedy wrzucam wszystkie ubrania, które leżą na wierzchu, do szafy. A potem kończy się wielogodzinnym układaniem i wyciąganiem wszystkich rzeczy. UE trochę działa na podobnych zasadach. Będzie więc ograniczać produkcję stali czy żywności na swoim terenie, ale za to chętnie sprowadzi wszystko, co jej potrzebne, z zagranicy. Finalnie więc będzie produkować te wszystkie przedmioty w miejscach, gdzie żadnych norm się nie przestrzega. Stanie się więc tak jak z moim bałaganem przeniesionym do szafy. Wszystko wskazuje jednak na to, że UE zabrnie w pozorne sprzątanie tylko po to, by udawać później najbardziej zielony kontynent. Zaczniemy więc wozić z Brazylii drób, wołowinę i drewno, przy okazji dorzucając tony CO₂ na transport, a sami będziemy udawać, że jesteśmy eko. Gdyby taką taktykę przyjęła pierwsza lepsza firma, aktywiści już dawno określili by ją mianem „grenwashingu”. Tymczasem w tym wypadku UE ma ich pełne wsparcie, co najlepiej widać w kampanii nienawiści, jaką rozpętują wobec Lasów Państwowych. Unijny greenwashing musi się opłacać, skoro różnej maści lewacy tak gorliwie go popierają. Idą czasy, gdy lepiej będzie nie wiedzieć, co kryje się w szafie.
Unijny greenwashing
Unia Europejska od lat forsuje swoje zielone wizje na temat rozwoju kontynentu. Urzędnicy zafiksowali się na planie doprowadzenia do tego, aby w 2050 roku być pierwszym kontynentem na świecie neutralnym klimatycznie.