Pożytku z tej podróży nie będzie, bo polskie sprawy w regionie w tym trudnym czasie od miesięcy z dobrym skutkiem załatwiają premier Morawiecki i prezydent Duda. Podróż Grodzkiego na Ukrainę to PR w kiepskim stylu „pic na wodę, fotomontaż” po fatalnie odebranym przez opinię publiczną wyjeździe marszałka Senatu do Miami. Zostawmy na boku bajeczki liberalnych mediów o wściekłości Tuska, problem jest gdzie indziej: lewicowo-liberalna opozycja, otumaniona niemiecką narracją dotyczącą Europy Środkowo-Wschodniej, jest mentalnie niezdolna do jakichkolwiek realnych działań na rzecz Polski. Oni nie są w stanie pojąć powagi sytuacji: nawet jeśli Donald Tusk, któremu wciąż nie udało się zapanować nad „ciecią osobą w państwie”, już nie gada o resecie w relacjach z Rosją. W głowach wciąż mają inne priorytety niż Polska.
Takie sztuczki, jakie priorytety
Szczęście w nieszczęściu – tak można skomentować fakt, że Tomasz Grodzki jest marszałkiem Senatu obecnej kadencji. Z jednej strony to źle, że opozycja ma w Senacie przewagę, z drugiej – z punktu widzenia rządzących nikogo lepszego niż polityk zwany polskim Davidem Copperfieldem wyobrazić sobie nie można. I oto kolejna sztuczka tego politycznego iluzjonisty: właśnie wybiera się do Kijowa.