O Mołdawii najłatwiej napisać dwie rzeczy, które pasują tam zawsze, wszędzie i pojawiają się w każdej prasie. Pierwsza – że Mołdawia jest „między Wschodem a Zachodem”, co oznacza fantastyczne nic i pojawia się jako nagłówek w każdej prasie na każdej szerokości geograficznej świata. Druga – to, że oto w Mołdawii następuje jakiś przełom, że te wybory, ta wizyta, ten nowy pakt, to nowe ministerstwo, teraz to już, Drodzy Państwo, naprawdę wszystko się zmieni. Faktycznie od pięciu lat obóz proeuropejski w Kiszyniowie się umacnia, teraz potwierdził swoją pozycję, ale do trwałej zmiany sytuacji tego kraju jest doprawdy daleko. Zwłaszcza że wygrana PAS, dająca jej samodzielną większość w 101-osobowym parlamencie, nastąpiła wobec rozłożonego na łopatki rosyjskiego przeciwnika.
Rosja wpływa na Mołdawię, ale nieco mniej
Po pierwsze: faktycznie Rosja, zaangażowana w krwawą inwazję na Ukrainie, dysponuje mniejszymi siłami i mniejszym prestiżem do wpływania na kraj pomiędzy Prutem a Dniestrem. Nawet służący Władimirowi Putinowi politycy mołdawscy nie mogą bezpośrednio i swobodnie latać do Moskwy po instrukcje i na konferencje prasowe, bo nie ma połączeń lotniczych z Kiszyniowa do Rosji, a i skorumpowani minioligarchowie w kraju boją się sankcji Zachodu.
Po drugie: rosyjskie metody demolowania wyborów są takie same i zużywają się z każdą kadencją. Z Naddniestrza, nieuznawanego kraiku, przyjeżdżają więc przekupieni wyborcy z paszportami mołdawskimi, w Orgiejewie agitatorzy rozdają (dosłownie) wódkę i kiełbasę, a w Gagauzji (mała kraina na południu kraju, z nikomu nieznanym tureckojęzycznym narodem) gra się tendencjami separatystycznymi i antymołdawskimi. W dobie mediów społecznościowych filmiki z pijanymi prorosyjskimi wyborcami nie uchodzą na sucho, budzą obrzydzenie i sprzeciw, zwłaszcza w młodym pokoleniu.
Po trzecie: z powodu mafijnych interesów nadal na czele prorosyjskiej Partii Socjalistów Republiki Mołdawii stoi 50-letni Igor Dodon, który jest nie tylko przykładem politycznej degrengolady i korupcji (jest wieloletnim parlamentarzystą, był ministrem, a także prezydentem kraju), ale też po prostu przytępawym liderem o twarzy wiecznie nalanego kacyka. Może swojsko to wyglądało jeszcze 20 lat temu, ale teraz, przy młodej i atrakcyjnej prezydent i jej otoczeniu, które często pokończyło zachodnie uczelnie, starzy partyjniacy rodem z sowieckich gablot i z kupionymi dyplomami doprawdy odpychają kolejnych wyborców.
Po czwarte: zgrana strategia mołdawskiej lewicy (czyli opcji prorosyjskiej). Granie na sowieckich sentymentach i przypominanie ludziom, jak pięknie im się żyło w młodości, oraz organizowanie festynów i koncertów w wioskach czy obwoźnych sklepów z mięsem i serem potrafią mobilizować ten sam elektorat, którego jest przecież coraz mniej. Hasła wyborcze kandydatów do parlamentu ze strony prorosyjskich ugrupowań to te same slogany o korupcji prozachodnich polityków i o tym, że Mołdawii trzeba pokoju i spokoju. Jałowość tych programów i metod przynosi z każdym rokiem spadek popularności dla prowschodniej orientacji.
Mołdawia oligarchią stoi
Po piąte: proeuropejska władza w Mołdawii jest nadzwyczaj sprawna jak na tamtejsze standardy. Co prawda w dobie covidu i wojny rosyjsko-ukraińskiej (Ukraina jest jednym z dwóch sąsiadów Mołdawii) poziom życia w kraju, zwłaszcza na wsi, nadal jest fatalny, ale przynajmniej służby wykazywały większą determinację w zakresie (prawdziwej) praworządności i ograniczania rosyjskich wpływów. Polityków posądzanych o bycie wprost agenturą Rosji (np. Irinę Vlah) odsunięto od kandydowania w wyborach i poinformowano europejskie służby o zagrożeniu z tej strony. Zwiększono liczbę kamer w lokalach wyborczych, wiele uwagi poświęcono głosującej prozachodniej, młodej diasporze. I to ona, jak zwykle, przeważyła w wynikach wyborczych.
Po szóste: rozdrobnienie oligarchiczne. Mołdawia, choć jest krajem bardzo małym, to oligarchowie potrafią być tam doprawdy potężni. Choć teraz partia Ilana Shora nie dostała się do parlamentu, to jednak ten miliarder de facto kupił sobie władzę w autonomicznej Gagauzji (wypromował jej przewodniczącą), może więc i tak mieć wpływ na sytuację wewnętrzną w państwie. A w parlamencie poza socjalistami Dodona są jeszcze inni oligarchowie, którzy niezależnie od głoszonych poglądów mają swoje interesy w Rosji i można ich kupić gotówką z Kremla czy jachtem na Cyprze. Dwaj z nich wprowadzili swoich deputowanych do sejmu, trzeci (Shor) też kontroluje wysokich urzędników, a reszta kręci się wokół wszystkich politycznych opcji – na wszelki wypadek. Tak jednak podzieleni i rywalizujący ze sobą na kontrabandę i fałszywe dokumenty nie stanowią zgranego zespołu w odsuwaniu PAS i Sandu od władzy.
Mołdawskie puzzle
Jak więc wyglądają wyniki? Ponad 50 proc. głosujących wybrało partię Mai Sandu, dając jej 55 miejsc w parlamencie. Dodon ogłosił swoje liczne i dumne zwycięstwa, mając 26 krzeseł w nowym składzie władzy ustawodawczej. I teraz ciekawostki. Osiem osób wprowadził mer stolicy – Ion Cebanu. Z jednej strony wywodzi się z prorosyjskiej partii, z drugiej – forsuje program proeuropejski, a w praktyce czerpie zyski z politycznego zawieszenia i rozbicia. Jako mer jedynej miejscowości, która może być uznana za europejskie miasto, ma sporą władzę i oddziaływanie na społeczeństwo – zwłaszcza to proeuropejskie, w stolicy. Egzotyką jak na polskie standardy jest Nasza Partia Renata Usatîego, kolejnego oligarchy, dawnego mera Bielc. Polityk był tak skorumpowany, że w czasie sprawowania władzy w mieście nie przyjeżdżał do kraju w obawie przed aresztowaniem i rządził… zdalnie. Teraz zdobył sześć miejsc w parlamencie, które zapewne zapełnią się zaraz populizmem i obowiązkowym pakietem politycznych mołdawskich sloganów o tym, że jest źle i potrzeba wszystkim spokoju.
Swoistą niespodzianką jest wejście do parlamentu partii Demokratyczny Dom Vasila Costiuca. To postać dość tajemnicza, sprawia wrażenie proeuropejskiego ideowca i od lat prowadzi blog interwencyjny wobec rozmaitych nadużyć i zaniedbań w państwie. Jedni obawiają się, że odbiera on nieco elektoratu proeuropejskiej PAS, z drugiej strony – jest dla niej retorycznie zdrową konkurencją. Costiuc wygląda na chłopską wersję Mai Sandu – z wiejską powierzchownością, ludową czapką na głowie i bez kariery w zachodnich instytucjach może być jakąś inwestycją polityczną na przyszłość – ale czyją inwestycją? Nie wiadomo.
Sandu będzie więc dalej prowadzić kurs na Europę, ale pamiętajmy, że jest to polityk związana z samym trzonem unijnej polityki – zwłaszcza z Europejską Partią Ludową, Ursulą von der Leyen i Donaldem Tuskiem. Natomiast w Mołdawii ekonomicznie i politycznie jest tak źle, że nawet tamtejsza, nieco lepsza wersja Platformy Obywatelskiej jawi się jako miejscowe zbawienie.