Rok 2021 był niewątpliwie czasem głębokiej zmiany w Kościele. I nie chodzi tylko o kwestie dotyczące COVID-19, o spadające na łeb na szyję statystyki obecności młodych w Kościele, o dziurę, jaka zieje w seminariach i nowicjatach. To wszystko jest rzeczywistość, do której można się było przygotować, bo że tak będzie, wiadomo było od kilku lat.
Pandemia tylko przyspieszyła proces. Zmiany dokonują się jednak na o wiele głębszym poziomie, i to zdecydowanie poza Polską. Synod na temat synodalności dotyczy przecież nie tylko zdiagnozowania sytuacji w Kościele, lecz także modelu sprawowania w nim władzy. Uruchomionych procesów, zmiany mentalności, dopuszczenia wiernych (i tych nieco mniej wiernych) do realnego głosu (co w wielu krajach świata się wydarzyło, nawet jeśli w Polsce nie jest w pełni zrozumiałe i akceptowane) i realnego uczestnictwa w debacie – nie da się po prostu cofnąć. To, co się stało, co się dzieje, pozostanie w świadomości ludzi. I jeśli nic się nie zmieni, to albo będzie wywoływać frustrację (a to przyspieszy odpływ ludzi), albo przyczyni się do głębokich zmian. One zaś, nawet jeśli rozpoczną się gdzie indziej, dotrą do Polski. W najbliższych latach – albo na skutek procesów, jakie się toczą w Watykanie, albo z powodu zwyczajnego przejścia na emeryturę – zmieni się czołówka polskich metropolitów. Niektórzy mają już następców, którzy zaczynają realnie sprawować władzę w swoich metropoliach, inni za dwa, trzy lata będą ich mieli. Nie ulega też wątpliwości, że nowe modele władzy, nawet jeśli w nieco późniejszym czasie, także dotrą do polskiego Kościoła. To zaś oznacza, że powinniśmy się przygotować na zanikanie tego, co znaliśmy jako Kościół przeszłości. W ciągu najbliższych kilku, może kilkunastu lat na naszych oczach katolicyzm, jaki znamy – umrze, i także na naszych oczach będzie się rodziła nowa jego forma. Rozpoczynający się rok, tak jak poprzedni, będzie zaś niezwykle istotnym dla tej zmiany okresem.