Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Michał Rachoń,
04.02.2018 23:20

Rok nie wyrok, czyli cichy bunt sędziów stanu wojennego

Prawie dwa tygodnie temu rzecznik Sądu Najwyższego oznajmił zdumionej publiczności, iż „nieprawdą jest, że w Sądzie Najwyższym orzekają poufni informatorzy (agenci) aparatu bezpieczeństwa”.

W kolejnych zdaniach pisma, które usta Sądu Najwyższego kierowały między innymi do premiera, czytamy: „W SN zasiadają wprawdzie sędziowie, którzy orzekali w czasie stanu wojennego, ale nieprawdą jest, że wydawali wówczas politycznie umotywowane wyroki”. Postanowiliśmy więc w redakcji Minęła20 zajrzeć na wokandy Sądu Najwyższego i sprawdzić, jak oświadczenie rzecznika ma się do rzeczywistości. Zabraliśmy kamerę na jedną z porannych rozpraw w Sądzie Najwyższym i od razu bingo! W trakcie pierwszej tego dnia rozprawy na siedmiu zasiadających za stołem sędziów trzech spełniało warunki, o których kilka dni wcześniej Sąd Najwyższy twierdził publicznie, że nie mają miejsca. Dwóch sędziów w stanie wojennym skazywało opozycjonistów (w Koszalinie i w Bydgoszczy), a trzeci zarejestrowany był w archiwach Służby Bezpieczeństwa jako Kontakt Operacyjny. Rzecznik Sądu Najwyższego kłamał. Odpowiedź na pytanie o to, jakiej sprawiedliwości można spodziewać się po sądzie, który w sprawie oczywistych faktów dotyczących samych sędziów publicznie kłamie, jest jasna.

Kłamliwej. Jednak po emisji materiału na ten temat stała się rzecz zaskakująca i kuriozalna. Jeden z sędziów SN zasiadających w składzie Sądu Najwyższego, Andrzej Siuchniński, wydał oświadczenie, w którym nie zaprzeczył żadnemu z oczywistych faktów przytoczonych w programie. Sędzia orzekał w składzie sędziowskim w stanie wojennym. Skład rzeczywiście skazywał opozycjonistów w Bydgoszczy na więzienia. Faktycznie opozycjoniści byli karani za walkę z komuną i próby organizowania solidarnościowych strajków. Sędzia przyznaje to w swoim oświadczeniu, jednak wyroki, które wówczas wydawał, pojmuje dzisiaj w sposób intrygujący. Zdaniem sędziego, orzecznictwo komunistycznych sądów w Bydgoszczy – tych sądów, w których orzekał sam sędzia Siuchniński, wsadzając ludzi do więzień, „było co najmniej przyzwoite”, a także było ono „wyrazem cichego bojkotu stanu wojennego, mającego w swoim założeniu maksymalnie możliwie stępić ostrze założonej przez władze stanu wojennego represji”. Sędzia powołuje się na to, że orzeczenie o roku lub 10 miesiącach pozbawienia wolności z odstąpieniem od trybu doraźnego „samo w sobie było wyrazem demonstracyjnej względem stanu wojennego postawy”. Całość tych argumentów przypomina słynny dowcip o Leninie, który tylko zbluzgał dziecko, „a mógł przecież zabić”. Sędzia w swoim oświadczeniu pisze również, że dzisiaj – 40 lat po stanie wojennym – nie może bronić się wskazując na to, jaki był wówczas przebieg narady przed orzeczeniem, bo dzisiaj, w roku 2018, naraziłby się na odpowiedzialność dyscyplinarną. I to właśnie zdanie jest najlepszym dowodem, że w Sądzie Najwyższym w kwestii komuny obowiązywać powinna zasada Cejrowskiego „Wszyscy Won”. Jeśli 30 lat po upadku komuny sędziego Sądu Najwyższego obowiązuje nakaz milczenia co do tego, w jakich okolicznościach on sam wsadzał ludzi do więzień za organizację protestów, to znaczy nie tylko, że sędzia, mając do wyboru lojalność względem współobywateli i względem korporacji, wybiera to drugie. Oznacza to również, że sama korporacja jest ciągle lojalna względem systemu, który rzekomo upadł w 1989 r. Jednak przede wszystkim wskazuje to na fakt, że przepisy prawa i regulacje dotyczące sędziów do dziś chronią sądowych przestępców poprzez prawnie usankcjonowaną omertę. Zmowę milczenia pod groźbą kary dyscyplinarnej.

Wymierzanej przez samych sędziów.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej