Nie ma już bowiem kryteriów, na podstawie których można by przekonać kogokolwiek. Zaklęcia o merytoryce i wiedzy już nie są w stanie zadziałać. Nie robią na nikim wrażenia, bo kompromitacja ekspertów jest niemal wpisana w politykę. Nie działa też mówienie o nieuczciwości. Wspomnienie tego słowa na literkę „u” sprawia, że natychmiast pojawiają się z jednej strony hasła o respiratorach, a po drugiej łapówki w kopertach marszałka. Dlatego taką dużą szansą dla polskiej debaty jest kwestia omówienia podejścia do polityki resetu, w który przez lata brnął rząd Donalda Tuska. Przeciętnemu widzowi serialu Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza pozwala on dokonać świadomego wyboru między tym, co jest, a tym, co było. Wydaje się więc, że dlatego dokument wzbudza tak duży chaos po stronie opozycji. Lubi bowiem ona myśleć o sobie, że jest tą sprawiedliwą i dbającą o demokrację. A tymczasem pełną parą przeprowadzała – ku zachwytowi Berlina – ocieplanie stosunków z najkrwawszym dyktatorem w Europie naszych czasów. Ta świadomość musi boleć. Stąd też dramatyczne próby odwracania uwagi od meritum i rozmasowania filmu w różnego rodzaju absurdach. To bagno jednak ich dogania. Powoli przegapiają również moment, w którym należało powiedzieć, że po prostu się myliliśmy, ale nie mieliśmy złej woli. Raczej kręcą, co jest taktyką zaskakująco przypominającą Miszkę Zubowa z „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, który w zależności od etapu uznawał Hitlera albo za wielkiego wodza, albo za źródło zła. Objawiają się jako ludzie bez kręgosłupa. Wydaje się, że wyborcom ułatwia to wybór strony w Polsce. Reset przecież może znowu przyjść.
Reset zmieni politykę?
Komentatorzy polskiego życia publicznego uwielbiają z mądrą miną ubolewać nad tym, że polska scena polityczna jest zabetonowana. To w jakimś sensie jest prawda. Rzeczywiście wiele osób nie widzi powodów, aby zmieniać swoje sympatie polityczne.