Słowa rosyjskiego wojskowego oznaczają ni mniej, ni więcej, że… jest zupełnie odwrotnie. Rosyjskie zdolności daleko odbiegają od tych sprzed rozpoczęcia inwazji na Ukrainę. Gdyby było inaczej, Kreml nie zabiegałby o rakietową pomoc ze strony m.in. Korei Północnej. Posucha w temacie jest tak wielka, że Rosja, wedle zasady „aby sztuka”, bierze z KRLD nawet takie pociski, które nie spełniają podstawowych parametrów. Może być więc tak, że zbrojeniowy złom z Pjongjangu nadal będzie docierał do Rosji, tamtejsi inżynierowie nieco „dopracują” pociski, żeby nadawały się do czegokolwiek, zamalują flagę północnokoreańskiego reżimu i nalepią swoją, a na koniec powiedzą, że oto mamy pierwsze efekty masowej produkcji nowych rakiet. I choć brzmi to groteskowo, to w przypadku Rosji, a zwłaszcza jej zbrojeń, wcale nie jest to nieprawdopodobne.
Rakietowy straszak
Kilka dni temu dowódca Strategicznych Sił Rakietowych gen. Siergiej Karakajew poinformował, że Rosja ma odpowiednie zaplecze logistyczne i techniczne do tego, by wznowić na szeroką skalę produkcję rakiet balistycznych krótkiego i średniego zasięgu.