Jednak im dalej w las, tym prośby i sugestie zaczęły zamieniać się wprost w żądania. Kilka dni temu o sportowcach z Rosji i Białorusi znów zrobiło się głośno. Tym razem za sprawą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który ogłosił, że dopuści do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Paryżu sportowców z obu krajów – jako neutralnych, indywidualnych zawodników, bez flag i hymnów. Sebastian Coe, szef World Athletics, światowej organizacji lekkoatletycznej, już zapowiedział, że Rosjanie i Białorusini nie pojawią się na olimpijskiej bieżni. Wszystko wskazuje jednak na to, że na innych arenach już będą. I nie ma znaczenia, że chodzi o garstkę osób. Chodzi o fakt. A ten jest taki, że pobłażanie ruskim i satelickiej Białorusi wchodzi w sporcie, wzorem sceny politycznej, na żenująco wysoki poziom.
Przepychają Rosjan i Białorusinów na igrzyska
Aż dziw bierze, z jakim uporem niektóre międzynarodowe środowiska próbują przywrócić do rywalizacji sportowców z Rosji i Białorusi. Po kilku miesiącach od wybuchu inwazji na Ukrainę zabiegi te przypominały delikatne podszczypywanie – a może ich dopuśćmy? Już swoje odcierpieli. Co ma wspólnego sport z polityką? – próbowano przekonywać.