Końcówka ostatniego spotkania w niemieckiej lidze. Rafał Gikiewicz zwija się jak w ukropie. Skapitulował już czterokrotnie, ale nie przed tym, który obchodzi szczególny dzień i walczy o zapisanie się w annałach niemieckiej piłki. Polski bramkarz kilkukrotnie powstrzymuje Roberta Lewandowskiego, aż w końcu nawet trener Bawarczyków przestaje mieć nadzieję, że najlepszy strzelec ligi zdobędzie 41. gola w sezonie 2020/2021.
Jak to zrobił Lewandowski
Cud wydarzył się w ostatnich sekundach meczu z Augsburgiem. Do odbitej piłki przez Gikiewicza dopadł „Lewy”, minął walczącego o futbolówkę golkipera i wpakował ją do pustej bramki. Ten gol jest symbolem całej kariery zawodnika Bayernu Monachium. Po etapie w Zniczu Pruszków nikt na niego nie chciał postawić, odrzuciła go na dobre m.in. Legia Warszawa. Zauważył go Franciszek Smuda i dał szansę w Lechu Poznań. Król strzelców ekstraklasy przeszedł w 2011 r. do Borussii Dortmund, ale my – polscy kibice – nadal nie wierzyliśmy, że mamy przed oczami piłkarza światowej klasy. Chudy, wysoki chłopak, bez oszałamiającej techniki, strzelający 20 goli w polskiej lidze, miał podbić jednego z pięciu najlepszych na świecie?
Ciągnęło się to zwątpienie w Lewandowskiego aż do drugiego sezonu w żółto-czarnej koszulce, gdy Jürgen Klopp zrewolucjonizował klub z Łukaszem Piszczkiem i Jakubem Błaszczykowskim w składzie. Każdy w Europie zaczął znowu bać się Borussii, zdobywającej mistrzostwo kraju, zrzucającej Bayern z piedestału. Słynne cztery gole wbite Realowi w sensacyjnym półfinale Ligi Mistrzów z 2013 r. to był sygnał, że Lewandowski stanie się najlepszym snajperem na Starym Kontynencie.
Kolejnym przełomowym wydarzeniem był transfer do Bayernu Monachium, gdy Polak spełnił obietnicę daną włodarzom Bawarczyków, choć równocześnie zabiegał o niego wielki Real pod wodzą zauroczonego umiejętnościami „Lewego” José Mourinho. Piął się cały czas, nie odpuszczał w klasyfikacji strzeleckiej i zdominował niemieckie boiska do tego stopnia, że zapisał się w historii rekordów Guinnessa – upokorzył Wolfsburg pięcioma bramkami zdobytymi w ciągu 9 minut.
Umiejętność samodzielnego myślenia i otwarta krytyka potężnego, posiadającego wpływy na styku biznesu i polityki kierownictwa Bayernu nie spodobały się wielu nad Renem. Gdy Lewandowski utyskiwał na zbyt słabą drużynę, niezdolną do spełnienia marzenia o triumfie w europejskich pucharach, natychmiast był łajany za atak na świętość. – Bayern powinien oddzielić się od takich gwiazd jak Lewandowski – doradzał Steffen Effenberg, były pomocnik Monachijczyków, który widział go nawet poza drużyną. – Kto publicznie krytykuje klub, będzie miał problem ze mną – odgrażał się pod publiczkę prezydent Bayernu Karl-Heinz Rummenigge, dziś największy fan talentu Polaka. Burza w Niemczech przetoczyła się w 2017 i 2018 r. Czas przyznał Lewandowskiemu rację i Bayern, wzmocniony na skrzydłach i w środku pola, sięgnął po upragnioną Ligę Mistrzów.
Rekord pobity mimo głupich rad
Jeszcze więcej niezdrowych emocji wywołał zamiar pobicia rekordu wszech czasów Gerda Müllera – 40 goli zdobytych w jednym sezonie. Lewandowski strzelał jak szalony, nadrabiając w maju stracony czas przez odniesioną niedawno kontuzję. To nie spodobało się… niektórym byłym niemieckim piłkarzom.
Najbardziej absurdalnie brzmiał Dietmar Hamman, przed laty gracz m.in. Liverpoolu, który błagał, by Bayern nie pozwolił Lewandowskiemu na prześcignięcie niemieckiej ikony. – To miałoby duże znaczenie, gdyby Bayern potwierdził, że Lewandowski nie zagra w sobotę. Gdyby sam o tym zdecydował, mówiąc, że nie gra i nie pobije rekordu. Z szacunku do Müllera. Bez niego Bayern nie byłby dzisiaj w tym miejscu – argumentował Hamman.
W tej idiotycznej narracji wtórował mu publicysta „Der Spiegel” Peter Ahrens. „Lewandowski dobrowolnie zrezygnuje z pobicia rekordu? Nie do pomyślenia, prawda? Gdyby tylko ten jeden rekord mógł zostawić Müllerowi. Czemu? Bo to jest Gerd Müller. Bo Bayern bez Müllera nigdy nie byłby tym klubem, którym się stał. Byłby to najpiękniejszy i najwspanialszy sposób na uhonorowanie Müllera” – napisał.
Czy znaczące persony w Hiszpanii prosiły Cristiano Ronaldo o to, by się zatrzymał i nie strzelał więcej bramek, bo Raúl i Alfredo Di Stéfano są ikonami tamtejszego futbolu? Wręcz przeciwnie, kibice Realu Madryt byli dumni, że Portugalczyk przekracza bariery. Zamiast okazać wsparcie „Lewemu” część Niemców zamierzała mu rzucić kłody pod nogi. Na szczęście bohater Bundesligi nic sobie z tego nie zrobił. Zapowiedział, że pobije rekord Müllera choćby w ostatniej minucie meczu i w niespodziewanych okolicznościach osiągnął cel gdy wszyscy już pogodzili się z wyrównaniem historycznego osiągnięcia sprzed 50 lat.
Czy reakcje niektórych Niemców wynikają z niechęci do Polaków w ogóle? Nie sądzę. Rolę odgrywa prawdopodobnie przywiązanie do wielkiego rodaka, bo swój. Oni naprawdę sobie nie wyobrażali, że ktokolwiek, a już tym bardziej cudzoziemiec, strzeli ponad 40 goli w jednym sezonie Bundesligi.
„Lewy” polskim znakiem rozpoznawczym
Czy ktoś się interesuje piłką nożną, czy też nie, musi to wiedzieć: Robert Lewandowski jest dziś najważniejszym polskim ambasadorem. W Polsce, gdzie brak nam autorytetów, to „Lewy” jest oknem wystawowym kraju na świecie. Jego nazwisko powtarzają kibice nie tylko w Europie, ale w Dubaju, na Czarnym Lądzie, pod operą w Sydney, w chińskich korkach i pod drapaczami chmur za oceanem.
Lewandowski to marka, którą pozostanie również po zakończeniu kariery – niecodziennie bije się przecież rekordy w teorii niemożliwe do pobicia i zdobywa tytuł najlepszego piłkarza na świecie. – Robert jest jak diament. Jest obecnie największym diamentem światowego futbolu, lśni najmocniej. I mam do pana prośbę: proszę przekazać polskiemu premierowi, że Robert Lewandowski jest teraz najlepszym ambasadorem Polski – powiedział w wywiadzie z dziennikarzem „WP Sportowe Fakty” Rummenigge, jeszcze przed historycznym występem napastnika Bayernu.
Wypada się pod tymi słowami podpisać, co być może zmartwi fanów literatury Olgi Tokarczuk. Jej popularność, a nawet Literacka Nagroda Nobla, nie mogą być porównywane z sukcesami i globalnym zasięgiem Lewandowskiego. Jak mawiał papież Jan Paweł II, „piłka nożna to najważniejsza rzecz spośród tych nieistotnych”. Cieszmy się grą rodaka, bo przed nim kilka lat gry na najwyższym poziomie. Jeszcze zatęsknimy za popisami Lewandowskiego.