Erupcja chamstwa, jaka towarzyszy od kilku tygodni wprowadzeniu na rynek podręcznika profesora Wojciecha Roszkowskiego, po raz kolejny pokazuje, w jak potężnym kryzysie znajduje się polska debata publiczna i jak silne są w niej nadal pozostałości z czasów totalitarnych. Czymże są bowiem akcje palenia, niszczenia, zakazywania tej książki, seanse nienawiści i pogardy wobec uznanego naukowca, które organizują działacze partyjni? To Sowiet w czystej postaci, z jego wszystkimi najdzikszym i najbardziej prymitywnymi elementami – narzucanie przemocą własnej wizji świata, terroryzowanie ludzi o innych poglądach, sprowadzanie dyskusji do wręcz ulicznego mordobicia i w końcu zastraszanie naukowca i potencjalnych odbiorów jego pracy. I wszystko to ma swych politycznych mocodawców, dokładnie tych samych, którzy zapowiadają zmienianie prawa z pominięciem władzy ustawodawczej, przerywanie przemocą – poprzez ataki jakichś własnych tituszek – kadencji urzędników państwowych, w razie przegranych wyborów agresywne obalenie władzy poprzez zamieszki. Mamy do czynienia z zupełnie otwarcie zapowiadanym co najmniej ograniczeniem w Polsce demokracji i wolności słowa oraz poglądów. A wulgarny atak na profesora Roszkowskiego jest z jednej strony po prostu kolejną brutalną akcją polityczną utrzymującą nienawiść i pogardę w życiu publicznym, a z drugiej to także próba wepchnięcia młodych ludzi w eskalowanie nienawiści i brutalności. Totalna opozycja łaknie totalnej młodzieżówki, która będzie zdobywać szczyty barbarii i stanie się ich własnym oddziałem hunwejbinów. To bardzo groźne, bo silnie demoralizujące. Platforma pcha swoich młodych zwolenników w stronę agresji wobec wszystkiego – również wobec nauki.
Zachęca do przekraczania granic – lecz nie odwagi, własnych słabości, lecz nienawiści i brutalności wobec innego człowieka. Proceder ten wspierają po raz kolejny rzesze celebrytów, jakże dobrze znanych choćby ze znieważania osób wierzących czy funkcjonariuszy i żołnierzy broniących naszych granic przed atakiem ze strony Białorusi. Warto uświadomić sobie bowiem, iż w napadach na profesora Roszkowskiego i jego książkę nie padają żadne argumenty merytoryczne. Nikt nie wskazuje błędów, mowa jest o niewłaściwej interpretacji i duchu podręcznika – tak jakby interpretacje i konteksty wygłaszających takie osądy były jedynymi dopuszczalnymi i prawidłowymi. Można oczywiście dyskutować na temat fragmentu dotyczącego metody in vitro, zastanawiać się, czy autor użył odpowiednich słów, ale czym innym jest rozmowa na ten temat, a czym innym ubliżanie, zastraszanie i niszczenie. Czy to oznacza, iż nie możemy rozmawiać o sztucznym poczęciu z 16- latkami czy 17-latkami inaczej, niż tego sobie życzą firmy medyczne żyjące z tej procedury? Czy in vitro to świętość? Owszem, osobom sprowadzonym na świat w ten sposób należy się szacunek, ale to nie oznacza, że sposobem jego okazania jest cenzura. Pan profesor Wojciech Roszkowski nie obraził ludzi poczętych w laboratorium, nie odebrał im godności. Zasygnalizował prawdziwy dylemat moralny związany ze stosowaniem tej procedury, która z jednej strony oznacza czyjeś szczęście z posiadania dziecka, ale z drugiej łączy się też ze śmiercią tych poczętych dzieci, które z jakichś powodów nie zostaną wybrane w laboratorium do dalszego życia i będą potraktowane jako wybrakowane lub zapasowe. Okazuje się jednak, iż ten temat nie pasuje do lewicowej wizji świata. Na niego nastolatkowie są zbyt niedojrzali, równocześnie są wystarczająco dorośli na aborcję czy zmianę płci.