Powiedział też wtedy: „Rozwaliłem rząd PiS. (…) Skoro pan chciał Konrada Wallenroda, to proszę bardzo”. Oszust? Bezspornie. W normalnym kraju eliminuje to ze świata polityki, bo wiadomo, że ktoś taki za chwilę może oszukać kogoś innego. Tak jak oszukani poczuli się wszechpolacy, gdy został wielbicielem Tuska. Roman Giertych ma też skłonność do cyklicznego ogłaszania gigantycznych afer PiS, o których po tygodniu nikt nie pamięta. Do czego zmierzam? Do tego, że nawet opozycyjne media nie wykazują entuzjazmu do nagłaśniania setnej afery z pokrzywdzonym (tym razem podsłuchiwanym) Giertychem oraz, na doczepkę, Krzysztofem Brejzą od spalonego toi toia. Przejadło się. Czy opozycja tego nie wie? Wie. Ale jest ktoś, dla kogo afera z kimś innym w roli głównej nie ma sensu. To… Giertych i Brejza, bo nie zbiją wtedy kapitału na byciu ofiarą.
Oszust Giertych ofiarą Watergate
Roman Giertych jest oszustem. I chyba jedynym polskim politykiem, który pochwalił się tym Polakom, gdy w 2014 r. mówił: „My się przyjaźniliśmy z Donaldem Tuskiem, Rokitą, Schetyną, grywaliśmy z nimi po cichu w piłkę, koszykówkę. Gdyby wówczas dowiedział się o tym nasz elektorat, toby nas rozszarpał”.