Po pierwszych konferencjach prasowych nie widać, aby inicjatywa miała osiągnąć jakikolwiek sukces. Raczej wygląda to na próbę zdobycia sobie pozycji wyjściowej do tego, aby doczepić się do czegoś nowego. Wydaje się, że obu tych środowisk po prostu nic nie łączy. Sam Michał Kołodziejczak idzie na rekord Polski w zakładaniu nowych formacji, bo niemal co roku ogłasza powołanie kolejnej. To, że żadna nie wyszła poza 5 proc. i kilku rozpoznawalnych działaczy, świadczy o tym, że Kołodziejczak nie jest zdatny do stworzenia poważnego tworu. Możliwe, że trudno z nim wytrzymać i z czasem zraża współpracowników. Wydaje się też, że gdy człowiek zacznie się w niego wsłuchiwać, to dojdzie do niego, że w zasadzie lider Agrounii nie ma nic do powiedzenia. Okazuje się zatem, że jedyne, na co ma szansę, to szybkie doklejenie do poważnego ugrupowania. Będzie oczywiście dużo słów i mnóstwo zapowiedzi, ale wszystko skończy się w PSL-u. Watażka pokrzyczy, trochę skanalizuje emocje na wsi, a potem zacznie zabiegać o wejście na listy, bo to dla niego ostatnia szansa w polityce. Dla polityków Porozumienia z kolei współpraca z Kołodziejczakiem to szansa na napompowanie siebie. Działacze formacji założonej przez Jarosława Gowina są w zasadzie anonimowi. Dziś nie widzę żadnego sensu w braniu tych polityków na listy wyborcze, bo są oni po prostu nijacy. Paradoksalnie najbardziej o tym świadczy fakt, że nawiązali współpracę z kimś takim jak Kołodziejczak. To gest rozpaczy. Rzadko to się udaje. Zwykle kończy się fuchą dyżurnego komentatora w stacjach newsowych. Obok Kazimierza Marcinkiewicza i Marka Migalskiego. Polityka to sport zespołowy. I w tym wypadku wielkość zespołu jest kluczowa.
O skok do PSL-u
Mariaż Michała Kołodziejczaka z Porozumieniem jest chyba jednym z najbardziej egzotycznych od czasów, kiedy Roman Giertych z Andrzejem Leperem powoływali partię LiS.