Według niedawnego pomysłu unijnego komisarza ds. obrony miałaby ona liczyć ok. 100 tys. żołnierzy. Nie ma wątpliwości, że to ze wszech miar zły pomysł. Dublowanie struktur NATO, niejasność dotycząca dowództwa w czasie kryzysu oraz wysokie koszty. Dobrze, że pojawił się głos rozsądku w postaci szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas, która powiedziała, że nie wyobraża sobie takiego rozwiązania. Wtedy z szeregu wyrwał się szef MSZ Radosław Sikorski, który zaproponował utworzenie tzw. legionu europejskiego. To równie zły pomysł jak ten powyżej. Poszczególne kraje powinny sukcesywnie zwiększać liczebność rodzimych armii, doposażać je w nowoczesny sprzęt i systematycznie szkolić obywateli. Wtedy potencjał militarny całej Europy znacznie wzrośnie i żadne sztuczne twory nie będą potrzebne. No ale o tym cały czas mówi Trump, dlatego tak wielu w Europie tego nie słucha.
Na przekór Trumpowi
Wbrew pozorom wśród unijnych dygnitarzy nie brakuje osób podkopujących ideę NATO. Wiadomo, że Sojusz Północnoatlantycki to głównie Stany Zjednoczone. A USA to Donald Trump, który establishmentowi w Brukseli mocno przeszkadza. Co jakiś czas na tapetę wraca temat powołania do życia tzw. europejskiej armii.