Na tych dwóch cechach budują swój emocjonalny przekaz aktywiści ekologiczni, forsując swoje nowe pomysły. Gdy tak bajdurzą o tym, co trzeba zrobić, przychodzi mi na myśl scena z filmu „Madagaskar II”, gdy Król Julian przekonywał do złożenia ofiary bogom w wulkanie. Naprawdę czekam, aż ktoś wykrzyknie: „Zróbmy to, zanim dojdzie do nas, że to bez sensu!”. Ostatnio pojawiły się serie oczekiwań ze strony aktywistów. Na liście mamy powołanie – uwaga – 25 nowych parków narodowych. Dzisiaj mamy tych chronionych obszarów 23, a aktywiści chcieliby stworzyć ich dwa razy więcej i trzy razy większe. Najbardziej zabawne jest to, że część z nich ma być z przydziału, a między Toruniem a Bydgoszczą wyznaczono teren sosnowej monokultury. Uzasadnieniem jest to, że Kujawsko-Pomorskie nie ma parku narodowego. Że to bez sensu? A kogo to obchodzi? Kuriozum tej sytuacji pogłębia fakt, że już dzisiaj dopłacamy z budżetu do 23 parków. Do trzy razy większej powierzchni dopłacalibyśmy wszystko razy trzy. Trudno również powiedzieć, jaki byłby z tego uzysk. Z pewnością powstałoby kolejnych 25 administracji, a w nich miejsca pracy głównie dla aktywistów ekologicznych. No ale przecież w ich mniemaniu to będzie lepiej, niżby mieli zarządzać tymi obszarami leśnicy. Te chciwe Lasy Państwowe, które w propagandzie są korporacją na miarę paliwowych gigantów. W świecie emocji ciężko jest prowadzić jakąkolwiek dyskusję. Zdaje się, że też taka jest taktyka aktywistów. Postawić olbrzymie roszczenia, aby później zgodzić się na trzy parki narodowe. Oczywiście kosztem lokalnych mieszkańców i rozwoju regionów. Ludzie jednak dla aktywistów to wrogowie. Niech wyjeżdżają na Zachód, jak im się nie podoba rola Indianina w rezerwacie.
Mydlenie oczu
Polacy to naród, który kocha przyrodę. Jako społeczeństwo gremialnie też stajemy w obronie słabszych i krzywdzonych – zawsze gdy jest taka potrzeba. Chyba największym tego dowodem jest nasze zachowanie po wybuchu wojny na Ukrainie.