Kogo do wyboru miał Polski Związek Piłki Nożnej po ucieczce Paulo Sousy? Z poważnych kandydatur zostały ostatecznie na stole CV Czesława Michniewicza i Adama Nawałki.
Kulesza długo wybierał, ale wybrał
Marcel Koller, przez lata piłkarskiej kariery związany z Grasshoppers Zurych, ostatecznie odmówił Kulesze. Szwajcar był najlepszym wyborem na budowanie drużyny narodowej od nowa, wyszukiwanie talentów i uzupełnianie składu z tych, którzy już zdążyli błysnąć w trakcie kadencji Paulo Sousy. Koller z powodzeniem prowadził m.in. reprezentację Austrii, z którą awansował na Euro 2016. Ponadto jako pierwszy wprowadzał na szerokie wody późniejszego mistrza świata Lukasa Podolskiego w FC Köln. Koller gwarantowałby dyscyplinę taktyczną i ciężką pracę wszystkich piłkarzy bez wyjątku. Według doniesień niemieckich mediów sportowych 61-latek otrzymał nawet do podpisania umowę z PZPN, ale ostatecznie zrezygnował z objęcia polskiej reprezentacji.
Andrij Szewczenko to kolejna ciekawa zagraniczna możliwość, którą rozważał prezes Kulesza. Ukrainiec z powodzeniem trenował reprezentację swojego kraju – osiągnął z nią ćwierćfinał Euro 2020, ale później nie popisał się w Genoi. Włosi chcą go zwolnić i dopinają ostatnie szczegóły – prawdopodobnie gdyby nie zamieszanie wokół rozwiązania kontraktu z Szewczenką, to były zdobywca Złotej Piłki zameldowałby się w Warszawie.
Fabio Cannavaro, ostatni zagraniczny kandydat, okazał się ruchem zbyt ryzykownym, wziąwszy pod uwagę nikłe doświadczenie w roli trenera. I nie ma co ukrywać – przed kluczowymi meczami barażowymi, jeśli cokolwiek chcemy ugrać z Rosją, a potem z Czechami lub ze Szwecją, kadrę musiał objąć ktoś, kto zna poszczególnych piłkarzy, ich dobre strony, charakterystykę, oczekiwania względem reprezentacji. Jednym słowem: selekcjoner, który czuje klimat meczów na PGE Narodowym.
Na placu boju pozostało zatem dwóch – Adam Nawałka i Czesław Michniewicz. Ten pierwszy miał teoretyczną przewagę, ponieważ prowadził już polskich zawodników w latach 2013–2018, dał pozytywny impuls, zwyciężył w eliminacjach do Euro 2016 w historycznym starciu z Niemcami, a na samym turnieju dotarł aż do ćwierćfinału. Niestety fatalna końcówka kadencji wpłynęła na całościowy obraz pracy Nawałki – Polska skompromitowała się na mundialu w Rosji, a do historii sportowych memów przeszła gra Japończyków na własnej połowie, nieniepokojonych przez piłkarzy z orzełkiem na piersiach. Jeśli Kulesza zna powiedzenie o tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to mógł to być jeden z powodów rezygnacji z usług Nawałki.
I dlatego po wydłużającej się operze mydlanej postawił na Michniewicza – do końca stycznia bezrobotnego, ale mającego już doświadczenie selekcjonera z kadrą do lat 21. I to całkiem niezłe, bo przecież mimo dotkliwej porażki 0:5 od Hiszpanów młodzieżówka osiągnęła sukces, kwalifikując się do turnieju finałowego mistrzostw Europy w 2019 r. Reprezentacja pod wodzą Michniewicza potrafiła przeciwstawić się potęgom w swojej kategorii wiekowej – wszak wygrała z Portugalią w eliminacjach, a w fazie grupowej zaskoczyła Belgów i Włochów. O sile zespołu stanowili Krystian Bielik, który po ciężkiej kontuzji i długim okresie rekonwalescencji wraca wreszcie do formy, Dawid Kownacki, Szymon Żurkowski, Przemysław Płacheta czy Sebastian Szymański. Brzmi znajomo, bo mowa o obecnych zawodnikach dorosłej reprezentacji. Praca z tymi piłkarzami to niewątpliwie zaleta Michniewicza, którą powinien teraz wykorzystać.
711 chodzi jak cień za Michniewiczem
Michniewicz jest zwolennikiem gry defensywnej, bo uważa, że kto się lepiej broni, ten na końcu wygrywa. Od 31 stycznia to jednak nowy trener reprezentacji znajduje się w głębokiej defensywie z powodu afery korupcyjnej w polskiej piłce. Nie sposób rozstrzygnąć tu, czy Michniewicz rzeczywiście był zamieszany, a jeśli tak, to w jakim stopniu, w skandal z głównym rozgrywającym piłkarskiej mafii Ryszardem Forbrichem.
Przypomnijmy, że mowa o „Fryzjerze”, aferzyście od sprzedaży meczów, korumpowania piłkarzy, trenerów, działaczy sportowych i sędziów w latach 2000–2006, za co zresztą odsiaduje jeszcze wyrok więzienia. Od prezentacji Michniewicza ciągnie się za nim liczba 711 – według prokuratury tyle razy dzwonił do Forbricha w ciągu kilku lat. Co dziwne, skazani w aferze korupcyjnej zostali m.in. Dariusz Wdowczyk i Artur Woźniak, ale latami zgromadzony materiał dowodowy nie pozwolił nawet na sformułowanie zarzutu wobec byłego trenera Lecha Poznań i Legii Warszawa.
Michniewicz nigdy nie ukrywał, że znał „Fryzjera” z czasów, gdy herszt mafii piłkarskiej był wiceszefem wielkopolskiego związku piłki, a nowy selekcjoner prowadził Lecha Poznań. Z pewnością tamta znajomość nie przynosi trenerowi chluby. W Kanale Sportowym Michniewicz precyzyjnie dodaje, że otrzymywał od „Fryzjera” pomoc – a to w załatwieniu operacji brzucha u żony, a to kupna samochodu po przykrym doświadczeniu kradzieży. Nie sposób nie mieć wątpliwości, czy jako trener powinien korzystać z takich form wsparcia od piłkarskiego działacza, wokół którego już pod koniec lat 90. było głośno w środowisku piłkarskim.
Mniejsze wątpliwości pojawiają się wobec rzekomo ustawionych meczów pod Legię Warszawa w Pucharze Polski w 2004 r. Wtedy Michniewicz prowadził Świt Nowy Dwór Mazowiecki i rzeczywiście nie mógł dysponować kilkoma ważnymi piłkarzami podstawowego składu z przyczyn zdrowotnych i kartkowych, a nie „handlowych”. W tej kwestii selekcjoner się akurat przekonująco broni, a dziennikarze na inauguracyjnej konferencji prasowej nie sprawdzili dokładnie sytuacji kadrowej Świtu pod wodzą Michniewicza w tamtym okresie.
Hipokryzja mediów
Jeśli trener brał udział w aferze korupcyjnej, to powinien za to odpowiedzieć – to jasne. Tyle że Michniewicz nawet nie zasiadł na ławie oskarżonych, gdy śledztwo ws. polskiej piłki prowadziła prokuratura z okresu poprzednich władz: SLD, PiS oraz PO–PSL. Liczba 711 zdominowała dyskusję o selekcjonerze, ale jakoś było o niej cicho zarówno wówczas, gdy Michniewicz obejmował młodzieżową kadrę, jak i później, kiedy zdobywał mistrzostwo kraju z Legią Warszawa i udanie rozpoczął przygodę w europejskich pucharach.
Wielowątkowe śledztwo ws. afery korupcyjnej zakończyło się trzy lata temu. Czy wtedy dziennikarze, którzy najchętniej wysłaliby Michniewicza do więzienia, nie mieli wiedzy o jego kontaktach z „Fryzjerem”? Dlaczego nie przeszkadzał im Artur Woźniak w sztabie selekcjonera Jerzego Brzęczka? Wtedy słyszeliśmy, że za swoje grzechy już odpokutował, a do grona jego obrońców należał Stefan Szczepłek – kreujący się na sumienie polskiego dziennikarstwa. Czy Łukasz Piszczek – skazany za sprzedanie meczu ligowego na początku swojej kariery – powinien reprezentować Polskę i być żegnany z honorami? No przecież mówiono kibicom, że były to jedynie błędy młodości, a „Piszczu” do wszystkiego się przyznał. Nie dostrzegłem wtedy wzburzenia części mediów. I jeszcze jedno – za samą znajomość z przestępcą trudno kogoś osądzać. Michniewicz to ani mi brat, ani swat. Jeśli jest winny, powinien usłyszeć zarzuty. Tymczasem jednak nic na taki obrót sprawy nie wskazuje, a część dziennikarzy – kompletnie niezainteresowanych futbolem – zgrywa tylko zatroskanych o polską piłkę, szukając rozgłosu i nie przedstawiając jakichkolwiek dowodów.
Przed Michniewiczem jeszcze trudniejsze zadanie niż starcia słowne z redaktorami. Musi pokonać Rosję w Moskwie, a potem liczyć na cud w starciu z lepszym w parze Czechy–Szwecja. Jeśli awansuje do Kataru, zyska kredyt zaufania i liczba 711 przestanie go prześladować na konferencjach. W razie niepowodzenia Kulesza poszuka innego ratownika do gaszenia pożaru. Być może już na lata.