Jeden z pretendentów miał w swoich rękach wszystko. Państwową telewizję, ustawione debaty, wielkie koncerny medialne, zaangażowany aparat państwowy, duże pieniądze, sztab internetowych trolli powielających każdego dnia liczne kłamstwa. Kilku innych, zwłaszcza reprezentujących szeroko rozumianą prawą stronę sceny politycznej, nie miało tego wszystkiego. Dlatego musieli własnym wysiłkiem i wsparciem wielu ludzi dobrej woli przekonywać do swoich racji wyborców. I im się udało, co pokazują sondaże, jeszcze pięć miesięcy temu dające w cuglach zwycięstwo ulubieńcowi uśmiechniętej koalicji. Teraz przyszedł czas na realną ich weryfikację.
Warto też zauważyć zaangażowanie środowiska kibicowskiego w kampanię. Na stadionach całej Polski – od ekstraklasy po najniższe klasy rozgrywek – pojawiały się dziesiątki transparentów, na których widniało jasne przesłanie: „18 maja – byle nie Trzaskowski”. Wprawdzie politycy koalicji z jednej strony próbowali to zjawisko bagatelizować, z drugiej oskarżali kibiców o bezpośredni udział w sztabie wyborczym Karola Nawrockiego, jednak i w tym wypadku wbili sobie gola do własnej bramki. Nie odczytali, jak zwykle zresztą, społecznych nastrojów.
Nawrocki nie pojawił się na żadnym z tych transparentów. „Byle nie Trzaskowski” to sprzeciw wobec kandydata reprezentującego niepolskie interesy, niepolskie tradycje, niepolską wizję historii i teraźniejszości. Przeciwko człowiekowi, który na własnym terenie stracił tęczowe barwy, wcześniej przez lata je promując w trakcie prezydentury w Warszawie i działalności w KO, której jest przecież wiceprzewodniczącym. Tylko tyle i aż tyle. Stracić barwy na własnym terenie, wstydzić się barw, które się przez lata eksponowało, to największa hańba dla każdego kibica. Dla każdego porządnego człowieka.