Tego nie spodziewał się absolutnie nikt. Koronawirus zaatakował świat w momencie, w którym rozgrywać się będzie plebiscyt nad dalszymi losami obozu dobrej zmiany. Pozycja Andrzeja Dudy wydaje się niezagrożona, przynajmniej w pierwszej turze. Sytuację może odwrócić niekorzystne dla PiS ewentualne poczucie większości wyborców, że rząd nie zrobił wystarczająco dużo, aby pro-filaktycznie zabezpieczyć polskich obywateli.
I chociaż kompetencje prezydenta sprowadzają się w tej dziedzinie co najwyżej do zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego oraz dyskusji z przedstawicielami rządu i opozycji, to konkretni kandydaci będą postrzegani również przez pryzmat tego, co powiedzieli narodowi w czasie pandemii.
Koniec kampanii wiecowej
Analiza sytuacji na początku marca nie wskazuje na kłopoty Andrzeja Dudy w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa, choć panika w mediach i w codziennym życiu narasta. Wirus SARS-CoV-2, który wywołuje COVID-19 (od ang. coronavirus disease), jest najczęściej wyszukiwanym tematem w polskim internecie. Z półek sklepowych masowo znikają mydła, środki do dezynfekcji, chusteczki higieniczne, papier toaletowy i ręczniki kuchenne – można odnieść wrażenie, że czeka nas jakiś armagedon albo atak zombie w stylu znanego serialu o apokaliptycznych czasach – „The Walking Dead”. Każdy przypadek zakażenia koronawirusem na bieżąco wpisuje się do kroniki sensacji w środkach masowego przekazu. Jeden niepodważalny pozytyw tej nieciekawej sytuacji jest taki, że będziemy bardziej wyczuleni na zachowanie higieny i ostrożniejsi w kontaktach z innymi osobami, które dotknęły grypa i inne choroby zakaźne.
Główny Inspektorat Sanitarny przychyla się do wariantu włoskiego i stanowczego zakazu organizacji imprez masowych z udziałem publiczności większej niż tysiąc osób. Co to oznacza dla kandydatów na urząd prezydenta? Praktycznie niemożność występowania na publicznych wiecach. Motyw kampanijny, dzięki któremu opozycja zamierzała doganiać Andrzeja Dudę w sondażach, a ten frekwencją na spotkaniach z wyborcami utrzymywać wizerunek pewnego siebie męża stanu, zostanie wytrącony z rąk. Każdemu natomiast taka sytuacja zaszkodziłaby, łącznie z kandydatami mniej-szych ugrupowań. Wydarzenia na ulicy, oprócz aktywności w sieci, są jedyną szansą dla Krzysztofa Bosaka na promocję i wzrost rozpoznawalności. O Władysławie Kosiniaku-Kamyszu nikt by nawet nie wspominał w ostatnich tygodniach, gdyby nie słynna konwencja z udziałem jego żony, zaczepiającej personalnie Agatę Kornhauser-Dudę.
Rząd musi się sprawdzić
PiS politycznie straci na koronawirusie, a co za tym idzie – głowa państwa, jeśli obywatele uznają – sprawiedliwie czy nie – że gabinet Mateusza Morawieckiego zrobił niedostatecznie dużo, by uchronić przed ogromnym odsetkiem przypadków śmiertelnych. Problem rządzących Polską polega na tym, że Włosi lub Niemcy, którzy zmagają się z prawdziwym „pożarem”, nie są przygotowani na pandemię koronawirusa. Służba zdrowia w tych krajach stoi na zupełnie innym, niespotykanym nad Wisłą poziomie. Tymczasem ilekolwiek byłoby szpitali, jakakolwiek by była jakość personelu, ilekolwiek by było pieniędzy oraz sprzętu, jeśli nie ma skutecznej szczepionki, ludzie będą umierali. Na całe szczęście umieralność wśród zakażonych wirusem SARS-CoV-2 sięga od 1 do 3 proc. Statystycznie to niewiele, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że szalejąca w sezonie jesienno-zimowym grypa zabija od 0,1 do 0,5 proc. chorych (dane: Rządowe Centrum Bezpieczeństwa), to jak najbardziej zasadne są głosy tych, którzy apelują: nie panikować, ale też nie bagatelizować sytuacji.
A jest ona nie do powstrzymania, bo jeszcze przed wybuchem pandemii Europa musiałaby zamknąć swoje granice przed obywatelami Chin, jak też osób z tego kraju przybywających. Podobnie wygląda sprawa z podróżami do Państwa Środka – żeby uniknąć zarazy, jeszcze przed pojawieniem się zakażonych ryb na targu w Wuhanie mieszkańcy naszego kontynentu musieliby odpuścić podróże do tego rejonu. W praktyce było to niemożliwe. A jeśli tak, to pełna ochrona obywateli jest mrzonką i winy nie ponoszą rządzący.
Spiskowe teorie opozycji
Początek koronawirusowej kampanii PiS miało zresztą całkiem udany, głównie za sprawą rozważnego stanowiska ministra zdrowia. Łukasz Szumowski zbiera pozytywne recenzje, na jego korzyść działa brak politycznego zaplecza. To uznany kardiolog, specjalista, który doskonale wie, czym jest koronawirus. Z uwagą przysłuchuję się też wypowiedziom prezesa Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jarosława Pinkasa, wyrastającego na prawdziwą gwiazdę mediów. W jednym z wywiadów zalecił politykom… wsadzić sobie lód do majtek.
I słusznie, gdyż opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej zdecydowanie przedobrzyła. Absurdalne i trafiające raczej w próżnię oskarżenia, że rząd zataja informacje o zarażonych koronawirusem, brzmiały tak, jakby Małgorzata Kidawa-Błońska i jej harcownicy tylko wyczekiwali na pierwszy przypadek, najlepiej śmiertelny. Z pewnością nie takie intencje przyświecały sztabowcom KO, ale dokładnie taki był wydźwięk podawanych dalej fejków na Twitterze i dramatycznych błagań o „ujawnienie prawdy”.
Inna teoria spiskowa głosiła taką oto tezę, że Ministerstwo Zdrowia okłamuje Polaków, ponieważ partia opozycyjna organizuje konwencję wyborczą. Po tym, jak już pojawiły się pierwsze oficjalne przypadki, Małgorzata Kidawa-Błońska przystopowała z oskarżeniami i wyraźnie zmieniła ton. Robotę za polityków wykonała „Gazeta Wyborcza”, która prześwietliła życiorys pacjenta zero z Zielonej Góry i opisała jego dawną przynależność do struktur PiS.
Koronawirus w niektórych środowiskach nie jest potrzebny do wywołania paranoi. Szymon Hołownia jako pierwszy zapowiedział rezygnację z otwartych spotkań z wyborcami. Zapewnił też, że nie będzie wykorzystywał walki z koronawirusem do bieżącej polityki, bo „zdrowie jest ważniejsze od wyborów”. Czas pokaże, czy to tylko puste deklaracje. Opozycja musi coś wymyślić – czas biegnie nieubłaganie, a mimo frontalnych ataków na Andrzeja Dudę, choćby za podpis pod rekompensatą 2 mld zł dla TVP, prezydentowi nie spada poparcie. Ogólnopolska panika w sprawie koronawirusa z pewnością nie będzie służyła faworytowi w wyścigu o reelekcję. Czy opozycji na dłuższą metę opłaca się ją jednak wzniecać? Wątpię. W razie zmiany lokatora w Pałacu Prezydenckim padłoby słowo „sprawdzam”, a tłumaczyć się z efektów musiałaby konkretna partia polityczna.