Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jakub Maciejewski
08.07.2025 13:38

Jak nas okłamują w sprawie imigrantów z Niemiec

Najpierw udawali, że tematu w ogóle nie ma, później bagatelizowali, że zdarzają się pojedyncze przypadki, wszystko jest pod kontrolą, a problemem jest Ruch Obrony Granic. Teraz przywraca się rzekomą kontrolę na niemieckiej granicy, a tak w ogóle to Niemcy mają prawo wwozić nam nielegalnych przybyszy.

Niemcy odetchnęli z ulgą. Jak donosi „Welt am Sonntag”, w pierwszej połowie roku o azyl w Niemczech wnioski zgłosiło ok. 65 tys. osób, to blisko o połowę mniej w porównaniu z pierwszym półroczem 2024 r. Ale między styczniem a czerwcem tego roku jest przecież inaczej, bo Berlin właśnie w tym okresie rozpoczął swoistego rodzaju push-backi, czyli wywożenie niechcianych imigrantów do sąsiednich krajów, zwłaszcza do Polski. Oficjalnie chodzi o 30-kilometrowy pas „przygraniczny”, w którym łapani imigranci nieposiadający dokumentów uznawani są za uczestników „trasy z Mińska”, a więc przerzucanych przez Rosję i Białoruś przybyszy z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (oraz Azji Środkowej). Potwierdzają to inne dane – większość wniosków o azyl pochodziła od obywateli Afganistanu i Syrii (w sumie 40 proc. wniosków), a to są główne grupy łukaszenkowskich turystów.

Pytania nieretoryczne

I to już jest rzecz osobliwa – jak to jest, że uznanych za część operacji „Śluza” autorstwa łukaszenkowskiego KGB migrantów uznaje się za zagrożenie, zachęca się Polskę do zatrzymywania ich na naszej zaporze, a następnie wpycha się ich do Polski od zachodniej strony? Jak to jest, że dekadę temu zbiorowa histeria Niemców pozwalała w „Die Zeit” pisać o przyjmowaniu tłumów z zewnątrz, że „ludzkość nie zna pułapu. Wiedzieli o tym Jezus Chrystus i Immanuel Kant”, a dziś to raczej starotestamentowy Jahwe i Fryderyk Nietzsche rządzą umysłami naszych zachodnich sąsiadów? Wreszcie jak to jest, że liderowi Unii Europejskiej nie przeszkadzają nielegalni imigranci w Europie, a jedynie w ich własnych granicach?

Niemieckich absurdów jest tu więcej, bo zawracanie do Polski migrantów jest nieuzasadnione w dokumentach. Nie wiadomo bowiem, czy dany migrant faktycznie przejeżdżał przez Polskę, czy może przez Czechy. Albo czy jego trasa nie była wytyczona przez białorusko-litewską granicę, a Polska była jedynie krajem tranzytowym, czego nie sposób kontrolować, gdy przestrzega się zasady Schengen. Polska więc karana jest za… praworządność? Zarówno Niemcy, jak i ich obrońcy w Polsce powołują się na konwencje dublińskie, czyli unijne rozporządzenia, na mocy których to pierwszy kraj Unii ma być miejscem azylowym imigrantów. Już same te umowy są nieuczciwe, bo Niemcy nie mają zewnętrznych granic Unii, ale też sami łamali porozumienia, gdy w 2015 r. okazało się, że to państwo jest przeciążone od zalewu cudzoziemców. Wtedy potrafiono przygotować zamknięcie granic bez oglądania się na sąsiadów – 12 września 2015 r. wydano rozkaz operacyjnego przygotowania zamknięcia granic, choć społeczeństwo karmiono humanitarną papką o bezmiernym miłosierdziu. 

Kpina konkretnie z Polski

Cała ta polityka Berlina, od umowy dublińskiej, przez relokację, aż wreszcie po przerzucanie imigrantów do Polski, jest sprzeczna z polskim interesem. Oczywiście nic sobie z tego nie robi premier Donald Tusk, ale polscy patrioci myślą i działają inaczej. Ruch Obrony Granic jest w niemieckiej prasie nazywany „skrajnie prawicową strażą obywatelską”. „Der Spiegel” z goryczą odnotował zawracanie konkretnych imigrantów z powrotem na niemiecką stronę i zaznaczył, że polska Straż Graniczna została poproszona o ich wpuszczanie. Według niemieckich mediów tylko od 8 maja wepchnięto do Polski 1,3 tys. cudzoziemców, choć nikt by się nie zdziwił, gdyby te liczby zostały znacznie zaniżone. Czy więc Niemcy mają prawo, choćby formalnie, przywozić do nas imigrantów? 

Gdyby chodziło o udowodnione przypadki przybycia z Polski, to teoretycznie tak, ale przecież jest inaczej. Niemieccy mundurowi łapią w „przygranicznym” pasie 30 km człowieka bez dokumentów, uznają bez decyzji urzędniczej lub sądowej, że przybył on z Polski i w naszym kraju jako pierwszym państwie Unii się pojawił, więc do nas się go odsyła. Procedury powinny jednak wyglądać inaczej – to w odmowie przyjęcia wniosku azylowego powinno się podać uzasadnienie, następnie przekazać migranta pierwszemu krajowi UE, do którego trafił. Mógł on przybyć szlakiem karpackim (przez Rumunię i Słowację) lub przez Białoruś i najpierw Litwę, bo przecież Polska na granicy polsko-białoruskiej ma jeden z najskuteczniejszych systemów kontroli granicznej na kontynencie. Wreszcie nie wiadomo, czy złapany w Niemczech cudzoziemiec nie przebywa tam nielegalnie już od dłuższego czasu, bo pas 30-kilometrowy obejmuje całe miasta, w których imigrant może koczować miesiącami. Automatyczne uznawanie przez niemieckich mundurowych – często przecież są to szeregowi funkcjonariusze bez szczególnego przygotowania – że obcy przybył sobie z Polski, jest pogardliwym traktowaniem naszego kraju. 

Ważny sygnał dotyczący bezpieczeństwa

Postawa niemieckich służb ułatwia pracę przemytnikom, mafiom i rosyjskim służbom, które biorą pieniądze za dostarczanie obcokrajowca do kraju docelowego, a już bycie z niego wydalonym nie jest winą „usługodawców”. W ten sposób imigrant jest zawracany i znowu potrzebuje usługi przerzucenia do Niemiec, a więc mafia ma dzięki temu więcej klientów. I tak oto kraj, który wymaga od Starego Kontynentu solidarności wobec szerszych problemów i zgody na relokację – a więc utrzymywanie imigrantów sprowadzonych przez lekkomyślność zapraszającego ich Berlina – w sytuacji kryzysowej widzi interes tylko na własnej granicy.

Cały mechanizm pokazuje jednak, jak traktować deklaracje o wspólnotowych projektach dotyczących naszego bezpieczeństwa. Służby, które dbając o interesy Niemców, przysparzają problemów Polakom, mogą przecież w przyszłości stanowić część europejskiej armii lub innych systemów wojskowych. Mówienie o takiej armii i jej roli w obronie Europy opiera się na liczbach, tabelkach i docenianiu wspólnej logistyki, pomija jednak intencje decydentów i interesy społeczeństw. A te bywają w Europie sprzeczne, a w przypadku relacji polsko-niemieckich czasami wręcz wrogie. 
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej