Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
29.03.2018 17:53

IV RP jest za progiem. Inna, niż myślimy

Dzisiejsze biadania nad podziałami w Polsce i radykalizacją poglądów mają w sobie coś ze strachu przed przemianami społecznymi. Przez trzy dekady III RP przyzwyczailiśmy się do panującego status quo. Dziś wszyscy wielcy aktorzy sceny publicznej, często kompletnie różni, mają poczucie, że coś się zmienia.

Regularny przegląd publicystyki od dłuższego czasu nie pozostawia złudzeń: prawica obawia się radykalizacji lewicy, lewica – radykalizacji prawicy. A liberałowie obawiają się i jednego, i drugiego, ale najbardziej tego, że państwo nie chce brać u nich reklam i muszą sobie radzić na rynku jak pierwsi lepsi. Jednych bulwersuje, że na okładce „Dużego Formatu” pojawiają się kobiety w koszulkach „Aborcja jest OK”. Drugich gniewa, że na okładce tego samego „DF” pojawiają się nacjonalistki, bohaterki okładkowego reportażu. Dla jednych legalna manifestacja ONR-u, dla drugich kobiety pod kuriami ostro występujące przeciw biskupom to oznaki, że sprawy źle się mają. Czy na naszych oczach rozsypują się puzzle III Rzeczypospolitej?


Lata 90. Starzy kontra młodzi


To truizm, że III RP rodziła się na przełomie lat 80. i 90. XX w. Ale ten banał nas ukształtował jako społeczeństwo. Żył i nauczał Jan Paweł II, duża część prawicy wierzyła Lechowi Wałęsie, którego szczerze nie znosiła wtedy „Gazeta Wyborcza”. Nasza gospodarka była jednym wielkim bałaganem, a społeczeństwo właśnie poddawano eksperymentowi zwanemu transformacją. Wielkie nadzieje i obawy młodych również wyglądały inaczej niż dziś, a kultura masowa, która angażowała ich wyobraźnię, podlegała właściwie liberalnym ideom i wyobrażeniom. Tamten świat był dość oczywisty: młodzi byli na ogół po stronie liberalizmu obyczajowego (o wiele łagodniejszego obyczajowego niż dziś), starzy – albo po stronie tęsknot za PRL-em, albo po stronie „moherowych beretów”. Oczywiście gdyby poszperać głębiej, to znajdziemy w tamtych czasach dwudziestoparolatków zafascynowanych przedsoborowym katolicyzmem. Ale byli oni wówczas o wiele bardziej kontrkulturowi niż miłośnicy New Age.


Lata 2002–2004 były pierwszą poważną zmianą w obrębie metapolitycznego systemu III RP: po aferze Rywina i upadku rządu Marka Belki postpeerelowska lewica zaczęła dryfować ku marginalizacji. W tamtym momencie nie do wyobrażenia było jednak powstanie konkurencyjnej formacji w rodzaju partii Razem. Bo choć politycznie SLD poniósł klęskę, to społecznie konsensus światopoglądowy wydawał się niezachwiany. Po innych stronach politycznej matrycy ani Liga Polskich Rodzin, ani Samoobrona nie były formacjami, które realnie mogłyby lub w ogóle chciały ugrać jakąkolwiek zmianę w tych sprawach obyczajowych. Zresztą Samoobrona była niezwykłą jak na III RP formacją: Andrzej Lepper często odwoływał się do katolickiej nauki społecznej, do nauczania Jana Pawła II, ale robił to w kwestiach gospodarczych i socjalnych, nigdy obyczajowych. Na marginesie: dobrze pamiętam protesty młodej lewicy przeciwko pierwszemu rządowi PiS-u, w którym Roman Giertych, wówczas lider LPR-u, był ministrem edukacji. Były o wiele skromniejsze niż dzisiejsze. I to również jest miara zachodzących zmian.


Krytyka Kościoła, krytyka Agory


Gdzieś między latami 2010 i 2018 dorosło pokolenie, które nie czuje się już w żaden sposób związane kompromisami III RP, społeczno-kulturowymi determinantami, które zdefiniowały lata 90. i pierwszą dekadę po milenium. Zmiany idą równocześnie w dwóch przeciwnych kierunkach. Pierwsza duża zmiana: zdecydowanie osłabło znaczenie liberalnych mediów. Zwycięstwo PiS-u i spory sukces Kukiz’15 pokazały w 2015 r., jak bardzo media w rodzaju „Wyborczej” i „Newsweeka” oraz TVN-u przestały kontrolować nastroje i postawy społeczne. Ostentacyjna niechęć do środków przekazu ze stajni Agory oraz do telewizji z Wiertniczej stała się wręcz nową ogólnopolską modą – nie tylko wśród najmłodszych wyborców. Charakterystyczna fraza, która około roku 2015 wybrzmiewała w mediach społecznościowych jak muzyczny ambient, brzmiała: „Kiedyś czytałem »Wyborczą«, ale przestałem, bo...”. I ten proces trwa nadal. A to, że „Duży Format” zdecydował się na okładkę z nacjonalistkami, pokazuje, iż specjaliści od (malejącej) sprzedaży na Czerskiej główkują nie tylko, jak nie stracić liberalnych czytelników, ale przy okazji zachęcić do lektury również tych, którzy nie spacerują na co dzień po wiadomej agorze.


Z drugiej strony, kulturowo zmniejszyło się i zmieniło znaczenie oddziaływania Kościoła katolickiego. Dopóki żył Jan Paweł II, dopóty jego autorytet promieniował nie tyle na instytucje kościelne, ile wprost na wyobrażenia zwykłych polskich rodzin. Katolicką etykę ostro krytykowano raczej w obrębie dość jasno określonych środowisk, zwykle sympatyzujących z postkomunizmem. Owszem, Jan Turnau w „Gazecie Wyborczej” zdecydowanie promował katolicyzm otwarty, ale gdy porównać jego wypowiedzi z dzisiejszymi trendami liberalnego katolicyzmu, również tymi, które płyną z Watykanu, to brzmi on nieledwie zachowawczo. Poza tym przez długie lata III RP jawna krytyka nauczania Kościoła odbywała się w gronie intelektualistów. I nie była to masowa krytyka ulicy.


Ale to się właśnie zmienia: protesty pod kuriami, pierwsze tego rodzaju w III RP, to przełamanie symbolicznej bariery kulturowej w przestrzeni publicznej. Kościół coraz częściej będzie konfrontowany z tym zjawiskiem. Tym bardziej że dziś nierzadko, choć z innych przyczyn, hierarchia kościelna jest krytykowana publicznie także z prawej strony. Kończą się pewne tabu. I to również wyznacza kierunki społecznych zmian. Tym bardziej że pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków jest wyraźnie podzielone na bezkompromisową światopoglądowo prawicę i lewicę. O ich głosy będą musieli w najbliższych latach walczyć politycy starszego pokolenia, którzy przyzwyczaili się do status quo III RP.  


Trudno o morał z tej historii. Sytuacja jest dynamiczna. Polskie społeczeństwo przekształca się na naszych oczach, bodaj najpoważniej od pierwszych lat transformacji. Zmiany pokoleniowe, kulturowe, globalne tendencje związane z kryzysami kapitalizmu i potężnymi falami migracji z Afryki do Europy, przepływ ludności ze Wschodu na Zachód naszego kontynentu – to wszystko właśnie się dzieje. Wiele razy słyszeliśmy, że czas na IV RP. Ale ona może wydarzyć się sama. I być jeszcze inna, niż sądzą jej przeciwnicy i zwolennicy.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej