Do niedawna wydawało mi się, że aby zajmować stanowisko, należy posiadać kompetencje. Wydaje się, że po tym, jak Donald Tusk skonstruował swój gabinet, należy zweryfikować własne poglądy. Mam wrażenie, że powstał rząd ignorantów, którzy najczęściej nie mają bladego pojęcia o tym, czym zarządzają. Im mniej mają wiedzy, tym chętniej brną w radykalne reformy. Czasem jest to metoda, bo jeżeli czegoś nie da się zrobić, to trzeba zawołać tego, kto o tym nie wie, i to on to wykona wszystko bez gadania. Gdyby Paulina Hennig-Kloska razem z Mikołajem Dorożałą wiedzieli, jak wygląda system gospodarki leśnej, nie wyłączaliby jednoosobowymi decyzjami tysięcy hektarów lasu z użytkowania. Teraz jednak działają i nie kalkulują. Żyjąc na warszawskich salonach, mają nawet poczucie wygranej gry. Gorzej, że na dole ich decyzje są życiowe dramaty. Podobnie jest w innych sferach państwa.
Za dużo prac domowych. Proste? Zlikwidujemy. I tak w każdej sprawie. Również w tych kluczowych. Gdy jesteś ignorantem, to łatwo ci powtarzać hasła o tym, że samoloty nie mają przyszłości, a za 30 lat wszyscy będziemy jeździć pociągami. Nieświadomość powoduje, że budowę elektrowni atomowej możesz przerzucić 15 kilometrów w bok od dotychczasowej lokalizacji i nic się nie stanie. Bo przecież 15 km na mapie ściennej to 1,5 cm. Inny ignorant będzie musiał ocenić jakość amerykańskich helikopterów i koreańskich wyrzutni rakiet. Bóg jeden wie, co z takiej analizy wyjdzie, ale śmierdzi tym, że żadnej broni nie kupimy. W kraju rządzonym przez ignorantów nie decyduje już bowiem argumentacja. Decyduje ten, kto jest bliżej ucha. Ten, kto schlebia i wodzi za nos. Niestety, widać, że głębokie państwo w Polsce jest w kryzysie. Ignorant nie będzie więc słuchał własnych urzędników. Będzie słuchał lobbystów i różnego rodzaju pieczeniarzy. Biedne to nasze państwo.