Donald Tusk i Paweł Kowal najwyraźniej zapomnieli, że już w marcu, gdy groziło to realnym niebezpieczeństwem, a wojska rosyjskie stały pod Kijowem, delegacja międzynarodowa z Mateuszem Morawieckim i Jarosławem Kaczyńskim na czele przyjechała do stolicy Ukrainy. Wtedy też krytyce nie było końca: a to, że politycy PiS lekkomyślnie narażają życie, a to że z nikim nie przedyskutowali spraw, które zamierzają poruszyć z Wołodymyrem Zełenskim. Część opozycji twierdziła, że głównym motywem wyprawy do Kijowa była chęć poprawy notowań sondażowych. Prawda zaś jest taka, że to właśnie w marcu zabrakło Olafa Scholza i Emmanuela Macrona na Ukrainie, a nie dziś polskich polityków, którzy swoją obecnością mieliby legitymizować niemiecko-francuską agendę polityczną.