Real nie rozgrywa finałów, on je po prostu wygrywa – ta prosta maksyma sprawdza się w pełni, gdy najbardziej utytułowana drużyna w Europie jest o krok od kolejnego triumfu. W historii najważniejszych rozgrywek na Starym Kontynencie przegrał tylko trzy razy decydujące spotkania – ostatni raz w 1981 r. z Liverpoolem w Paryżu.
Z kolei fani drużyny Jurgena Kloppa mieli nadzieję na powtórkę z rozrywki i zdobycie potrójnej korony. To mógł być kapitalny sezon dla Liverpoolu, bo jeszcze kilka tygodni temu kibice The Reds mogli wierzyć w poczwórną koronę. Najpierw jednak zespół z Anfield Road stracił szansę na mistrzostwo Anglii, a w minioną sobotę nie potrafił skruszyć „białego” muru w Lidze Mistrzów.
Courtois – zaczarował bramkę Realu
To, co było charakterystyczne tuż przed pierwszym gwizdkiem, to niezwykła pewność siebie graczy Liverpoolu – zapowiadali rewanż za to, co wydarzyło się w historycznym finale cztery lata temu, gdy przewrotka Garetha Bale’a i fatalna dyspozycja bramkarza Lorisa Kariusa zapewniły Realowi pewny triumf.
Mohamed Salah wprost sugerował jeszcze przed rozstrzygnięciem w półfinale Champions League, że woli zmierzyć się z madrytczykami niż Manchesterem City, bo potraktuje taki mecz w kategoriach rewanżu. Rzeczywiście, Egipcjanin był w finale mocno skoncentrowany, stwarzał największe zagrożenie pod bramką Thibaut Courtois. Fantastyczna dyspozycja belgijskiego bramkarza między słupkami Królewskich nie dała Salahowi satysfakcji ze zdobytej bramki. To był zresztą najlepszy mecz golkipera w finałach europejskich pucharów od czasu pamiętnych parad Jerzego Dudka w 2005 r. Courtois aż dziewięciokrotnie odbijał strzały Liverpoolu, gdy świetnie dysponowana obrona Realu popełniała błąd lub dopuszczała atakujących z Anglii do groźnych sytuacji.
Real w pierwszej połowie uderzył skutecznie tylko raz, ale sędzia po konsultacjach z VAR‑em nie uznał bramki Karima Benzemy. Był to poważny sygnał ostrzegawczy dla Liverpoolu, by nie lekceważył mistrzów Hiszpanii, świadomie czyhających na kontrataki i zamykających wolne przestrzenie na boisku między formacjami. Taktyka przyniosła spodziewany skutek w drugiej połowie.
Uderzenie na miarę zwycięstwa
Niemal po godzinie gry Real ponownie uderzył i tym razem zrobił to celnie. Vinicius Junior, 21-latek z Brazylii, którego wartość często podważali eksperci, nazywając go „jeźdźcem bez głowy” – szybciej biegał, niż myślał, miał ogromne problemy ze skutecznością. To już przeszłość – w tym sezonie skrzydłowy stworzył zabójczy duet z Benzemą, zdobywając łącznie 22 bramki we wszystkich rozgrywkach i zaliczając 17 asyst. W finale Vini uciekł obronie Liverpoolu i wykorzystał celne podanie Fede Valverde, uderzając obok bezradnego Alissona Beckera. Mina Jurgena Kloppa mówiła wszystko – niemiecki trener doskonale już wiedział, jak będzie trudno jego drużynie tego dnia zdobyć Ligę Mistrzów.
Liverpool próbował, starał się, ale tego dnia nie było mocnych na Courtois i obronę. W pewnych fragmentach spotkania dostępu do bramki Realu broniło aż siedmiu zahartowanych w bojach piłkarzy. W końcówce starcia Real miał jeszcze trzy wyborne okazje do zamknięcia rywalizacji i podwyższenia wyniku, ale m.in. Dani Ceballos i Eduardo Camavinga nie wykorzystali znakomitych szans.
Po końcowym gwizdku zwycięzcy aż padli z radości i zmęczenia na murawę. Carlo Ancelotti, podsumowując sezon, wyznał, że nie spodziewał się aż takich sukcesów tuż po objęciu drużyny po kadencji Zinedine’a Zidane’a. Sezon 2021/2022 miał być jedynie przejściowym, ostatnim z czterech po odejściu Ronaldo.
U Królewskich rewolucji nie będzie
Madryt czekał na goleadora i następcę Portugalczyka, ale Kylian Mbappe na tydzień przed wielkim finałem wybrał posadę kogoś na wzór dyrektora sportowego w PSG i łącznie pół miliarda euro za dodatkowe dwa lata gry w PSG. 23-latek uzyska wpływ na zmianę trenera i transfery do paryżan. Tego nie gwarantował mu zarząd Realu, oferując „tylko” 25 mln euro za każdy z pięciu sezonów gry w Madrycie.
– Temat Mbappe nie istnieje, teraz świętujemy. Wzmocnienia są potrzebne, ale ci chłopcy zdobyli w tym sezonie trzy trofea. Mamy podstawę, by dalej wygrywać – ocenił po wygranej z Liveerpoolem prezes Realu Florentino Perez. Radość jest uzasadniona, ale nadchodzącego lata Real nie może zmarnować. Karim Benzema ma już 35 lat, a zmiennicy gwiazdora – Luka Jović i Mariana – nie gwarantują odpowiedniego poziomu.
Kolejny sezon z jednym napastnikiem może okazać się ryzykowny – wystarczy naturalna obniżka formy najlepszego piłkarza na świecie lub bolesna kontuzja. Real przekonał się o tym, gdy ponad dwa miesiące temu przegrał ligowy mecz z Barceloną 0:4 przed własną publicznością – bez Benzemy nie był w stanie narzucić swojego stylu i stwarzać okazji podbramkowych.
Drugie słabe spotkanie Real rozegrał z PSG w Paryżu w 1/8 finału Ligi Mistrzów, gdzie przegrał jedną bramką – wówczas Francuz grał z konieczności, gdyż nie wyleczył kontuzji. Problem w tym, że na skutek decyzji Mbappe, pod którego Perez planował kolejną „pięciolatkę”, na rynku transferowym nie ma zbyt wielu dostępnych napastników. Erling Haaland wybrał Manchester City, bo Real czekał na zakontraktowanie gwiazdy PSG. Powrót Ronaldo do Madrytu wydaje się niemożliwy, a Robert Lewandowski jest bliski zawarcia ostatecznego porozumienia z Barceloną. Część kibiców uważa zresztą, że Real, mając Benzemę, nie potrzebuje Lewandowskiego. Los Blancos potrzebują wielkiej gwiazdy, przyciągającej jak magnes odnowione Santiago Bernabeu, które świat ujrzy jesienią. Polski napastnik jest gwarancją bramek, pogra jeszcze dwa lata na bardzo wysokim poziomie.
Lepszego kandydata, który chce zmienić klubowe barwy, po prostu nie ma. Wiadomo, że z Realem pożegnają się Marcelo, Isco i Bale, symbole pasma sukcesów klubu – renowacja składu staje się zatem nieodzowna.
A Liverpool? Oczywiście, należy się mu szacunek za obecny sezon i walkę do końca na wszystkich frontach. Real powoli staje się jednak zmorą dla Kloppa. To świetny trener, charyzmatyczny, mający doskonałe porozumienie z piłkarzami i kibicami. Kto wie, czy w przyszłości nie poprowadzi właśnie Królewskich, ale Niemiec na ogół nie radzi sobie w finałach – wygrał tylko jeden, zdążył przegrać już trzy, trenując Borussię Dortmund i Liverpool.
Wniosek na przyszłość – nigdy nie lekceważyć Realu
Jaka lekcja płynie z 30. finału Ligi Mistrzów? Cóż, nigdy nie można lekceważyć Realu Madryt. Od 1/8 finału wszystkie wielkie ekipy, które uważały się za faworytów i choć na chwilę wyłączały się z meczów, odpadały. Większość piłkarskich ekspertów uważała, że kluby-państwa, nieliczące się z finansowym fair-play i kupujące, kogo chcą, po prostu zmiotą Królewskich z boiska. Tymczasem Real, mimo piekielnie trudnej drabinki, pokonał faworytów – nie zmierzył się z Benficą, Lyonem czy Porto, przy całym szacunku do tych drużyn, a z rywalami z najwyższej półki, również finansowej. Najpierw pogrzebał szanse Katarczyków na pierwsze europejskie trofeum od okresu przejęcia PSG, potem wyrzucił za burtę imperium Romana Abramowicza, a przed finałem rozprawił się z naszpikowanym gwiazdami za fortunę Zjednoczonych Emiratów Arabskich Manchesterem City.
W ostatnim starciu Ligi Mistrzów na murawę wyszły dwie drużyny, które można określić mianem obrońców tradycyjnego futbolu, bez sztucznie pompowanych środków. Wygrał lepszy, zasłużenie.