Polityka zagraniczna Donalda Trumpa wymyka się paradygmatom. Jest jak ów „słoń z trąbami dwiema” z bajkowych Bergamutów Jana Brzechwy. Trump zresztą też ma swoją wyspę marzeń – Grenlandię. W obliczu zmian klimatycznych Arktyka staje się coraz bardziej strategicznym regionem, oferując nowe szlaki morskie i dostęp do cennych surowców.
Gdyby jednak chodziło tylko o złoża naturalne, wystarczyłby zwykły, biznesowy deal. Zwiększanie militarnej obecności na wyspie ma natomiast sens, tylko jeśli USA przyjmą agresywną postawę wobec Rosji. Grenlandia ma bowiem idealne położenie do monitorowania rosyjskich okrętów podwodnych, a Chiny nie są w stanie w tym regionie operować bez pomocy rosyjskich lodołamaczy. Agresywne działania w kwestii Grenlandii oraz publiczne wyrażanie irytacji postawą Kremla w sprawie Ukrainy sygnalizują, że Waszyngton może przygotowywać się do walki z koalicją chińsko-rosyjską zamiast starać się odciągnąć Rosję od Chin za cenę ustępstw w Europie Wschodniej. To może być korzystne dla Polski, ale szkoda, gdyby odbyło się to kosztem antagonizacji krajów nordyckich, które są dla nas ważnymi sojusznikami. Potrzebny jest mądry kompromis.