Nostalgia, która dzisiaj przychodzi, nie jest zimna. To nie jest ten rodzaj dławiącego smutku. Kiedy myślę o Erneście, widzę człowieka, który po mistrzowsku, a zarazem z ojcowską czułością potrafił czytać nasze pokiereszowane, polskie dusze. Przypomnijmy sobie „Rzecz listopadową”. Jakże on nas tam widział – z naszymi narodowymi pęknięciami, z naszymi zrywami, z tym całym naszym polskim bólem, ale przecież zawsze patrzył na nas z miłością. Nigdy z pogardą czy wyższością.
A „Kolęda nocka”? Kiedy dookoła panował mrok i chłód beznadziei tamtych trudnych lat, on dawał nam słowa, które grzały jak domowe ognisko. Dawał wiarę, że rano, po najdłuższej i najciemniejszej nocy, i tak zaświeci słońce, a my znowu poczujemy się wspólnotą.
Ernest doskonale wiedział, że każdy z nas dźwiga swój własny plecak, czasem pełen potknięć. Prowadził nas przez „Golgotę Jasnogórską”, pokazując, że w stacjach drogi krzyżowej ukryte są nasze bardzo dzisiejsze ludzkie słabości, nasze zdrady i upadki, ale nade wszystko – szanse na podniesienie się z najgorszego błota. A jego „Wieczernik”? Przecież to głęboka opowieść o każdym z nas. My też zamykamy się czasem w tych naszych osobistych wieczernikach lęku, uzależnień, zaryglowani od wewnątrz przed światem i ludźmi. A on swoimi wierszami przypominał: „Otwórz. Nie bój się. Przyjdzie Zmartwychwstały i mimo twojego strachu, powie: Pokój wam”.
Miało w sobie to jego pisanie, i to jego życie, coś z surowej, ale niezwykle pięknej, celtyckiej duchowości. Nie bez powodu los zaprowadził go na Zieloną Wyspę. Jako pierwszy polski ambasador w wolnej Irlandii, oddychał powietrzem świętego Patryka. I chyba mieli ze sobą wiele wspólnego. Obaj wiedzieli, że wiarę trzeba zaszczepiać w codzienności – w kropli deszczu, w chlebie, w zwykłym spojrzeniu na drugiego człowieka. Święty Patryk w swoim słynnym pancerzu modlił się, by Chrystus był przed nim, za nim i w sercu każdego, kto o nim pomyśli. Ernest tę samą budującą prawdę przemycał w swoich strofach.
Brakuje mi go dziś po ludzku. Brakuje tego mądrego, lekko chropowatego głosu, w którym zawsze tliła się niezachwiana iskra nadziei i moc która pociągała, stwarzała z chłopca - mężczyznę, z tchórza - bohatera, z niedowiarka - apostoła. Ale miłość i dobro, które człowiek zasiewa za życia, nie mają daty ważności. One pracują w nas każdego dnia.
Ernest jest już w Domu. Wierzę głęboko, że siedzi teraz gdzieś przy niebiańskim stole – kto wie, może je zupę szczawiową z Maryją albo pije herbatę ze świętym Patrykiem – i uśmiecha się do nas z tą swoją łagodną, absolutną wyrozumiałością. Odkrył już wszystkie tajemnice.
A my? My wciąż jesteśmy tutaj, w drodze. Mamy przed sobą kolejny dzień, kolejną czystą kartkę i szansę, żeby z naszego lęku wyjść wreszcie ku nadziei. Żeby komuś przebaczyć, kogoś wysłuchać bez patrzenia na zegarek. Ernest by tego chciał. Zróbmy to. Dla niego. I dla naszego własnego ocalenia.
Dobrego, pełnego pokoju czasu dla Państwa. Pamiętajmy o Poecie, on pamięta.