Przy czym zazwyczaj dzieje się tak, że to właśnie poważne sprawy przejaskrawione w śmieszność powodują, iż traci się władzę. „Od wielkości (wzniosłości) do śmieszności jeden krok” – mawiał Napoleon, chociaż ta sentencja odnosi się do tego, że można z pozycji naprawdę wysokich nagle upaść w stronę śmieszności. Tymczasem chodzi także o to, że śmieszność (niezamierzona) staje się często powodem upadku, odwrócenia się wiernych od dawnego idola. Nie wiem, czy jest tego świadomy Donald Tusk, że mur „poważnej walki o praworządność” właśnie pęka pod wpływem naturalnego ciśnienia – niczym tama, powstrzymująca duże masy wody, w której zaczynają pojawiać się najpierw małe, a potem większe dziurki i w końcu przeciekająca woda wybija coraz większe dziury, aż w końcu zapora pada z hukiem, zalewając wszystko nagłą powodzią. A tak się teraz może dziać w wyniku afery KPO. Cała lista idiotycznych, bzdurnych wydatków, na obśmiewane wszędzie solaria w pizzeriach, ekspresy do kawy, jachty czy „samokształcenie” za grube setki tysięcy czy miliony złotych, zalała sieć żartami i memami. Przy czym, co istotne, śmieją się z tego wszystkiego nie tylko w prawicowej bańce – szambo KPO wybiło bowiem mocniej i szerzej. W okopach Ducenalda trzymają się tylko najwierniejsi medialni „żołnierze” Tuska – w stylu Lisa czy Wielowieyskiej. Pozostaje tylko zadać sobie pytanie: jak duży jest bastion najwierniejszych z wiernych pana premiera, czyli tych, których już nic nie ruszy, żadna afera nimi nie wstrząśnie i choćby Niemcom sprzedano na pniu Wielkopolskę, a Ruskim Braniewo i Białystok, to i tak dalej by głosowali na jedynie słuszną partię? Tak czy siak – przekraczanie granicy śmieszności to już bardzo mocny sygnał mówiący o tym, że dni Ducenalda mogą być policzone.
Ducenald – czyli granice śmieszności
Ciekaw jestem, gdzie znajduje się granica śmieszności, której przekroczenie spowoduje, że admiratorzy Donalda Tuska zaczną podejrzewać, iż jednak na wizerunku Ducenalda Tuska pojawiają się jakieś rysy