Długo oczekiwany i szeroko dyskutowany dokument odnoszący się do Eucharystii, a przygotowany przez amerykańskich biskupów już został przegłosowany. Nie ma w nim - wbrew zapowiedziom części biskupów i oczekiwaniom części katolickich liderów opinii - ani słowa o Joe Bidenie, a uwagi o politykach są marginalne. Można w nim m.in. przeczytać, że katolicy sprawujący władzę publiczną ponoszą szczególną odpowiedzialność za przestrzeganie zasad wiary.
Jak odczytywać ten brak? Odpowiedź jest skomplikowana. Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że pomysł napisania dokumenty poświęconego Eucharystii powstał, zanim Joe Biden został prezydentem. Wstępnie projekt napisania takiego dokumentu zatwierdzono w czerwcu 2019 roku, a potwierdzono go na jesiennej sesji amerykańskiego Episkopatu w roku 2020. Nie ma jednak co ukrywać, że po wyborach, w których zwyciężył Biden, temat, zdaniem części hierarchów, nabrał szczególnego znaczenia, dotykał bowiem drugiego w historii prezydenta katolika, który w wielu kwestiach głosował sprzecznie z nauczaniem Kościoła. Czy oznacza to, że powinno się orzec odebranie mu możliwości przystępowania do Komunii świętej? Zdaniem przynajmniej części (i to wcale nie małej) amerykańskich biskupów, tak. Inni byli zdecydowanie przeciwni, a jak można sądzić po interwencjach nuncjusza apostolskiego w Stanach Zjednoczonych abp Christophe’a Pierre’a, przeciw mocnym zapisom była także Stolica Apostolska.
Ostatecznie więc powstał dokument trzydziestostronicowy, w którym - poza przypomnieniem katolickiego nauczania w sprawi Eucharystii - niewiele jest bezpośrednich wzmianek o politykach. Zamiast tego wspomina się o konieczności poważnego traktowania sakramentu i ostrzega, że „nie wolno odprawiać Mszy św. ani przyjmować Komunii Świętej w stanie grzechu śmiertelnego bez przystąpienia do sakramentu pojednania i uzyskania rozgrzeszenia”.
I choć za dokumentem głosowała zdecydowana większość biskupów, to pojawiło się kilka głosów odrębnych. Arcybiskup Joseph Naumann, przewodniczący Komisji amerykańskiego Episkopatu ds. Obrony Życia, zasugerował, że „nie jest pewien, czy jako biskupi wystarczająco poważnie potraktowaliśmy naszą odpowiedzialność za opiekę nad duszami tych polityków”, którzy sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła. Inni jednak zwracali uwagę na to, że wymienianie nazwisk polityków byłoby bezpośrednim zaangażowaniem się w spór polityczny, w który Kościół nie powinien się bezpośrednio - w roli harcownika - angażować.