Zacznijmy od kwestii oczywistych. Inicjatorzy owej ustawy mają pełną świadomość, że polska konstytucja, a także związana z nią linia orzecznicza (od 1997 roku aż do roku 2020) jest jednoznaczna. Życie ludzkie jest wartością konstytucyjną, a to oznacza, że nie można - gdy nie istnieje konflikt realnych prawnych wartości czy uprawnień go naruszać. Kwestie społeczne - na co jasno wskazał Trybunał Konstytucyjny w 1997 roku - nie są taką wartością. Tym bardziej nie jest nim też wola kobiety, jak to wynika z przedstawionego projektu ustawy. Politycy wspierający ten projekt muszą mieć tego świadomość, a skoro tak, to powinni też wiedzieć, że jeśli chcą zmienić obowiązujące w Polsce prawo, to muszą albo zmienić konstytucję (na co od lat nikt nie ma wystarczającego politycznego znaczenia) albo mianować nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego (na co też się nie zanosi). W innej sytuacji proponowana ustawa - nawet gdyby przez przypadek, błąd czy niepoliczenie głosów została ona przyjęta (co w zasadzie niemożliwe), zostałaby obalona w czasie najkrótszym z możliwych.
Dlaczego jednak, takie pytanie też pada, nie przepchnąć jej przez pierwsze czytanie i nie podyskutować o niej? Tu odpowiedz jest dość prosta, a opiera się na trzech elementach. Po pierwsze dlatego, że nie ma sensu dyskutować o czymś, co w istocie nie może zostać wprowadzone w życie (bo właśnie jest niekonstytucyjne), ale po drugie - o czym też nie należy zapominać - w tym parlamencie jest nadal całkiem sporo ludzi deklarujących się jako konserwatyści i wierzący, a to oznacza, że i z tego powodu projekt ten nie mógł przejść. Konserwatysta i katolik - niezależnie od tego, jakie konkretnie zapisy prawne wspiera i czy zgadzał się czy nie (ja akurat się z treścią zgadzam, mam wątpliwości co do formy i co do braku innych prawnych rozwiązań) z orzeczeniem TK z 2020, z pewnością nie będzie popierał aborcji na życzenie. I to nawet jako tematu debaty.
I wreszcie po trzecie - co też nie bez znaczenia - z perspektywy konserwatywnej - nieustanne debatowanie na ten temat wcale się nie opłaca, oswaja bowiem ludzi z propozycją zmiany prawa. Tak długo, jak się da, trzeba więc tego unikać.