W ostatnich dniach padło wiele słów z ust ludzi, którzy pewnie lepiej ode mnie znali Rysia. Słowa te są z pewnością wielkie i na wszystkie „wszechświatowy” prezes zasłużył, ale jakoś tak sobie wyobrażam, jak on je wszystkie przyjmuje. Pewnie tak się uśmiecha spod okularów i odpala kolejnego szluga. Rysio miał dwie wspaniałe cechy, które w nim uwielbiałem. Pierwsza to dystans. Robił ważne rzeczy. Spotykał się i znał najważniejszych ludzi w kraju, ale nadal zachowywał w tym wszystkim jakiś zdrowy rozsądek. Spotykał się z wielkimi VIP-ami, a za chwilę już śmiał się z grubym i szerzej nieznanym dziennikarzem piszącym głównie do papierowej gazety. Nie wiem, gdzie czuł się lepiej. Znając życie, to tam wśród VIP-ów był prawdziwym ważniakiem, a z nami – luzakiem rzucającym żartami. Drugą cechą Rysia, którą kochałem, była umiejętność powiedzenia jednego zdania tak, że dusiliśmy się ze śmiechu. I to nie przez minutę, ale tygodniami. Ot, jedna z sytuacji, gdy byliśmy razem w USA. Jedziemy tą wielką autostradą. Jesteśmy pośrodku niczego i kończy się benzyna. A może i chciało się palić… Mniejsza o to. W każdym razie jest stacja, ale Paweł Piekarczyk nie zjeżdża. – Ty a ty, czemu żeś nie zjechał? – pyta Rysio. – Bo to BP, a oni nas bojkotują – odpowiada Piekarczyk. – W Stanach też nas bojkotują?!! – wypalił prezes Klubów „GP”, przebijając balon (pojechaliśmy na następną stację). W każdym razie będzie mi brakowało Ryśka. Pójdzie on na pewno do nieba. Zasłużył na to, dekadami lejąc oliwę na wzburzonych klubowiczów i łagodząc spory. W Polsce nie jest łatwo zorganizować wyjazd nad jezioro. Tymczasem on koordynował 525 klubów i jakoś to się nie rozpadło. Sami sobie wyobraźcie, ile to roboty. I ile trzeba mieć cierpliwości. Na pewno niebiańskiej.
Do zobaczenia, Rysiu!
Generał George Patton powiedział kiedyś, że „głupotą i błędem jest opłakiwanie zmarłych. Powinniśmy raczej dziękować Bogu za to, że tacy ludzie żyli”. I w sumie to doświadczenie towarzyszy mi wraz z odejściem do lepszego świata prezesa Klubów „Gazety Polskiej” Ryszarda Kapuścińskiego.