Ucieczka U.S. Army z Afganistanu musiała przypomnieć niektórym starszym Amerykanom czasy wojny w Wietnamie. Podobnie jak prawie 50 lat temu, tak i teraz dominuje za oceanem poczucie klęski i postępującej słabości. A do problemów w polityce zagranicznej dochodzą jeszcze problemy wewnętrzne, jak konflikty rasowe czy kwestie gospodarcze. Ale 40 lat temu pojawił się w amerykańskiej polityce ktoś, kto potrafił wyciągnąć Stany Zjednoczone z marazmu. Tym kimś był Ronald Reagan. I choć dzisiaj wiele jego decyzji ma negatywny wpływ na rzeczywistość, to jednak nie ma wątpliwości, że dzięki niemu Ameryka wygrała ostatecznie zimną wojnę, a amerykańska gospodarka uzyskała nową dynamikę, która wystarczyła na długie lata prosperity. Oczywiście dzisiaj czasy są inne i sam tylko klon Reagana nie sprosta wszystkim problemom Ameryki. Ale wiadomo, czego trzeba, i to właśnie republikanie mogą wyciągnąć kraj z dołka.
Duch Trumpa
Na pewno nowym Reaganem będzie chciał być Donald Trump. Przegrał on wybory w wątpliwych okolicznościach epidemii. Z pewnością ma on poczucie bycia oszukanym, tak jak miliony jego wyborców. Tym, co może przemawiać za ambicjami Trumpa, jest jego prawidłowa diagnoza problemów Ameryki. Były prezydent dobrze zdefiniował to, że Amerykanie mają dość dominacji neoliberalnej ideologii nad interesami zwykłych mieszkańców USA. Amerykanie mieli dość przenoszenia miejsc pracy w przemyśle do Azji, finansowania wielkich banków z podatków ciężko pracujących podatników, szerokiego strumienia imigrantów pracujących za mniejsze pensje niż miejscowi, poprawności politycznej w mediach i polityki klimatycznej obniżającej wzrost gospodarczy i bezpieczeństwo energetyczne. I to właśnie Donald Trump jako pierwszy obiecał coś z tym zrobić.
Jednak Donald Trump może mieć taki problem, że nie wszystko udało mu się zrobić. Owszem, miał tylko jedną kadencję. Ale i tak w jej czasie okazało się, że jest w dużym stopniu zakładnikiem starego myślenia. Podobnie jak Reaganowi, Trumpowi dobrze szło oczywiście w polityce zagranicznej. Był bliski stworzenia z Chinami porozumienia pozwalającego ustalić relacje dwóch równorzędnych potęg ekonomicznych. Zbudował historyczny sojusz Izraelczyków i Arabów przeciw Iranowi. W Europie udało mu się zrównoważyć wpływy Niemiec, wspierając m.in. Trójmorze. Podobnie jak Reagan mógł też pochwalić się dobrymi wynikami gospodarczymi. Problemem Trumpa był jednak brak „osuszenia bagna”, czyli rozbicia finansowo-biurokratyczno-medialnych elit Ameryki. A one w bardzo brutalny sposób rozprawiły się z Trumpem i jego raczkującą rewolucją.
Duch Lincolna
Tymczasem obok trumpizmu w Partii Republikańskiej silny jest też inny nurt. Chodzi o nurt dążący do przekroczenia tożsamości prawicy jako siły opartej głównie na białych Amerykanach. Nurt ten zakłada wystawienie w wyborach osoby pochodzenia latynoskiego. W ostatnich prawyborach głównymi rywalami Trumpa byli dwaj Latynosi – Ted Cruz i Marco Rubio. Teraz też na amerykańskiej prawicy trwają poszukiwania kogoś, kto mógłby być pierwszym latynoskim kandydatem republikanów na prezydenta. Na pewno ułatwiłoby to nie tylko walkę o głosy i serca rosnącej społeczności Amerykanów latynoskiego pochodzenia, lecz także wybicie lewicy z ręki argumentu o „rasizmie” prawicy. Kandydata na nowego Reagana poszukuje się więc wśród polityków, których rodzice bądź dziadkowie przyjechali do USA z Ameryki Południowej lub Środkowej. Na razie jednak poszukiwania nie dają jakiegoś spektakularnego efektu.
Choć nie ma jeszcze latynoskiego kandydata na prezydenta USA z ramienia republikanów, to jest już niemal gotowy wyborczy program na niego. Chodzi w nim o zjednoczenie Amerykanów różnych ras i różnego pochodzenia wokół takich wartości, jak rodzina, praca i ojczyzna. Podobnie jak Trump latynoski kandydat na prezydenta ma wzywać do stawiania amerykańskich interesów ponad ideologię i do powrotu miejsc pracy w przemyśle do USA. W odróżnieniu jednak od byłego prezydenta zniknąć mają jakiekolwiek akcenty choćby kojarzące się z rasizmem. Amerykański sen ma być bardziej „kolorowy”, pod warunkiem że wciąż pozostanie on amerykański. A ostatnie wybory pokazały, że nawet mniejszości potrafią skupić się przy republikanach, jeśli walczy się o pracę dla Amerykanów i wzmocnienie amerykańskich rodzin.
Duch Lenina
Prawicowa rewolucja jest Ameryce wyjątkowo potrzebna, gdyż nad tym krajem krąży widmo rewolucji neomarksistowskiej. Znaczna część Partii Demokratycznej mówi wprost o wprowadzeniu socjalizmu, często dla niepoznaki obudowując go hasłami ekologicznymi. Amerykanie mieliby zostać zmuszeni do znacznego ograniczenia swojej konsumpcji, działalność gospodarcza miałaby podlegać regulacji lewicowych szarlatanów, tradycyjna rodzina miałaby zostać rozbita, a granice otwarte dla wszystkich możliwych imigrantów. Na uczelniach i w mediach miałaby zostać wprowadzona już całkowita cenzura. Instytucje takie jak armia, sądy czy urzędy publiczne miałyby być całkowicie sparaliżowane przez poprawność polityczną i promocję w nich wszelkich możliwych mniejszości. Ameryka miałaby przestać być Ameryką, a stałaby się Związkiem Sowieckim.
Znaczna część amerykańskiej lewicy nawet nie ukrywa nienawiści do swojego kraju. W umysłach wielu amerykańskich lewicowców USA to wręcz synonim rasizmu, imperializmu i kapitalizmu, dlatego pragną zniszczenia Ameryki. I niestety, są dziś dużo silniejsi niż kiedyś. Żerują oni na konfliktach rasowych i obawach związanych ze zmianami klimatycznymi. Kiedyś byli poza głównym nurtem polityki, mediów, systemu edukacji. Teraz opanowali oni w dużym stopniu uczelnie, rozpychają się w mediach i są silnie obecni w Partii Demokratycznej. Są więc ogromnym zagrożeniem dla USA. Już dwa razy bliski im Bernie Sanders prawie wygrał prawybory wśród demokratów. A porażki Joego Bidena mogą tym bardziej umocnić szarlatanów na amerykańskiej lewicy. Amerykańska prawica musi więc szybko zmienić Amerykę w taki sposób, aby uniemożliwić marksistowską rewolucję.
Duch Reagana
Czy w USA może się powtórzyć prawicowa rewolucja, taka jak w latach 80. XX w.? Z jednej strony jest ku temu wiele przesłanek. Przede wszystkim Joe Biden przypomina Jimmiego Cartera w swojej słabości. Amerykanie czują coraz większą potrzebę posiadania silnego przywódcy, który na nowo doda im wiary w siebie. Podobnie jak ponad 40 lat temu, tak i teraz coraz większa rzesza Amerykanów boi się rozprzestrzeniania się marksistowskiej rewolucji w USA. Z drugiej jednak strony Ameryka nie jest tym samym krajem co w latach 80. Dzisiaj jest ona dużo słabsza, niż była kiedyś. USA mają problemy zarówno wewnętrzne, z coraz silniejszymi podziałami i coraz mniej dynamiczną gospodarką, jak i zewnętrzne, z rywalizacją z coraz silniejszymi Chinami.
Jedno jest pewne. Amerykę czeka w niedługim czasie jakaś rewolucja. Obecny stan rzeczy jest nie do utrzymania. Może ona pójść drogą, którą przeszła Rosja przed 100 laty, i wpaść w otchłań marksistowskiej rewolucji i wojny domowej. Może też pójść drogą Ronalda Reagana, czyli prawicowej rewolucji dającej siły do pokonania jej wrogów zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Dla świata lepsza oczywiście byłaby ta druga rewolucja. Na szczęście Amerykanie wciąż jeszcze wydają się silni i odpowiedzialni. Dlatego trzymajmy kciuki za amerykańską prawicę, żeby znalazła w końcu nowego Reagana, który tę siłę i odpowiedzialność będzie w stanie zagospodarować.