Dziś słowa są w zasadzie dobierane do odbiorcy. Tak więc gdy premier pójdzie do rolników, to zacznie im mówić, że Unia Europejska to z tym Zielonym Ładem jednak przesadziła i trzeba go wyrzucić do kosza. Jednak gdy znajdzie się już na spotkaniu z NGO-sami, to będzie kwieciście mówił o tym, że topnieją lodowce i musimy być ambitni. Tak więc na Campus Polska będziemy słyszeć o tym, że trzeba jeść robaki, jeździć rowerami i rezygnować z wakacji zagranicznych, a na spotkaniu w remizie przeciwnie – że obowiązkiem wobec świata jest produkowanie jak najwięcej żywności, tak aby wyżywić Afrykę. Politycy wiedzą, że mogą tak robić. Zaprogramowani wyborcy i tak nie mają dokąd pójść. Weganie z NGO-sów, nawet gdyby Tusk wepchnął im do gardła kotlet mielony zrobiony z własnoręcznie zastrzelonego żubra, to i tak zagłosują na niego, a nie na PiS. Tak więc obecnie rządzący nie mają hamulców. Mimo że krytykowali poprzedników za rekordową liczbę ministrów, to sami tę liczbę zwiększyli. Trzęśli się z oburzenia na kupowanie limuzyn, a sami zamówili 77 dodatkowych. Punktowali nadużywanie władzy i łamanie przepisów, a dziś sami na bombach jeżdżą przez całą Polskę. Czy ludzie to widzą? Trudno powiedzieć. Na razie z pewnością patrzą na swoich przez różowe okulary albo wmawiają sobie: kiedyś było gorzej. To pożywka dla cynizmu i draństwa. Te mają dziś złote czasy.
Czas cynizmu
Każdy, kto wypowiada się publicznie, jest narażony na to, że kiedyś jego słowa zostaną zweryfikowane. To powinno być jakimś czynnikiem hamującym radykalizm i wygłaszanie sądów, z których trudno się wycofać. Teoretycznie aby zachować wiarygodność, nie można być zwolennikiem dwóch skrajności. Mam wrażenie, że to przestało obowiązywać w polskiej polityce.