Gdy nas dociska się ambicjami, w innych krajach się je luzuje. Przykładem może być Francja, której limity pochłaniania zmniejszono. Nasi urzędnicy ostrzegają, że te wszystkie brukselskie zasady nie wiążą się z karami, więc można wszystko jedynie zakończyć na deklaracjach, a na końcu powiedzieć: staraliśmy się, ale nie daliśmy rady.
Nie wiem jednak, czy nie jest to zbytni optymizm ze strony polskiej. Jedyne czego można być pewnym po naszych doświadczeniach, to tego, że stanie się to kolejnym argumentem propagandowym służącym do atakowania naszych leśników i rolników. Z każdą kolejną głupotą wymyślaną w Brukseli rośnie mój poziom sceptycyzmu do Unii Europejskiej. Elity Starego Kontynentu zamiast zająć się realnymi problemami, ciągle próbują rozgrywać swoje małe interesiki. Jak nie zajmują się wciskaniem wszystkim wiatraków, to akurat handlują pompami ciepła. W przerwie zajęci są dbaniem o samopoczucie społeczności LGBT, sędziów w naszym kraju czy aktywistów ekologicznych. Tę głupotę naprawdę trudno już zdzierżyć. UE z ciała obcego staje się powoli aparatem represji. W każdym normalnym człowieku rodzi się bunt na głupotę i poczucie odrazy na hipokryzję. Chce się tę strukturę odrzucić, bo rzeczywiście coraz trudniej w niej wytrzymać. Kto wie, ilu Polaków myśli w tym momencie podobnie. Obstawiam, że już niemała grupa.