Z jednej strony jest to scenariusz znany od dawna – białoruski satrapa wielokrotnie stwarzał okoliczności wskazujące na rychłe zaatakowanie Ukrainy, po czym wycofywał wojsko ze wspólnej rubieży. Jednak wydarzenia ostatnich dni, a przede wszystkim ukraińska ofensywa w rosyjskim obwodzie kurskim i niewątpliwy odwet Kremla, za jaki należy uznać trwający od niedzieli zmasowany atak na Ukrainę, rodzą pytania, czy właśnie nie nadszedł moment, w którym Łukaszenka porzuci wszystkie pozory i pod naciskiem Kremla włączy się na szeroką skalę w trwającą wojnę. Kijów ostrzega, że byłaby to niebezpieczna eskalacja. Ale nie byłoby to zaskoczenie, bo przecież Białoruś stoi u boku agresora od początku tego konfliktu.
Co knuje dyktator?
Ukraina poinformowała o znaczącym zwiększeniu obecności militarnej białoruskiej armii przy wspólnej granicy. Chowając się pod pozorem manewrów, Alaksandr Łuka-szenka skoncentrował w obwodzie homelskim m.in. siły specjalne i całą gamę uzbrojenia, począwszy od czołgów, a kończąc na wyrzutniach rakietowych. Obecni są tam też najemnicy z byłej tzw. Grupy Wagnera.