Trudno powiedzieć, kiedy narodził się aktywizm ekologiczny. Niektórzy wskażą datę związaną z wielkim smogiem w Londynie. Inni cofną się jeszcze do XIX wieku, gdy powstawały pierwsze stowarzyszenia obrońców zwierząt sprzeciwiające się okrucieństwu, w tym modnej wtedy wiwisekcji. To były zresztą głośne protesty, które w formie przypominały bardziej kibolskie ustawki niż dzisiejsze debaty. W Wielkiej Brytanii przegłosowywano więc, pod presją stowarzyszeń, kolejne ustawy poprawiające los zwierząt. Pierwszą – dotyczącą krów – wprowadzono w życie w 1822 roku. Dziś pewnie protestujący w XIX-wiecznej Anglii nie wiedzieliby, o co chodzi współczesnym aktywistom. Wiele działań poprawiających los zwierząt jest bowiem dzisiaj oczywistością.
Weszły na stałe do prawa. Tymczasem ruch na rzecz zwierząt wcale nie ustał. Ba, mam wrażenie, że się rozwija. To jeszcze jednak da się zrozumieć, bo dotyczy zwierząt i może przynieść realne skutki. Trudno wprawdzie powiedzieć, że kura jest szczęśliwsza, gdy ma 10 centymetrów kwadratowych więcej miejsca, ale jednak spieramy się o coś realnego: przestrzeń dla kury. Jednak aktywizm dotyczący klimatu czy lasów? To przecież klasyczna niekończąca się opowieść. Dzisiaj aktywizm nie jest zmienianiem świata na lepsze, lecz ścieżką kariery, po której można się przebujać i całe życie o coś walczyć.
Strategia jest dziś najprostsza z możliwych i polega na kopiowaniu wzorców z zachodniego świata. Wzniecaniu dyskusji, które przekładają się na lajki w internecie i pieniądze na zbiórkach. To się nigdy nie skończy. Zrobisz bilet komunikacji miejskiej za 50 zł, to będą walczyć o bilety za 45 zł. Gdy już zejdą do zera, to zażądają dodatków dla tych, którzy korzystają z transportu miejskiego. Dyskusja z nimi nie ma sensu, bo nie chodzi im o problem. Chodzi o to, aby walczyć o sprawę i z tego żyć.