Kampania wyborcza w USA – sześć odsłon
To Indie, a nie USA są największą demokracją świata.
USA. Lubię tu bywać – nie znoszę przyjeżdżać. Po wylądowaniu trzeba odstać nieraz godzinę czy więcej w gigantycznych kolejkach do kontroli paszportowej, a potem konwersować z panem czy panią, od którego (której) zależy, czy będziesz łaskawie wpuszczony na terytorium amerykańskie, czy też nie.
Ale jestem w końcu po raz trzeci w ciągu roku w Waszyngtonie, trudno zatem za bardzo narzekać. Coś mnie tu ciągnie. To „coś” to prawybory „made in USA”. Są fascynujące. W amerykańskiej stolicy zimniej niż w Polsce, ale wyścig Donalda Trumpa, Teda Cruza, Marco Rubio i Johna Kasicha u Republikanów oraz sędziwych: Hillary Clinton i Bernie Sandersa u Demokratów sprawia, że w zasadzie jest gorąco.
Pospolite ruszenie
Mam sześć obserwacji. Po pierwsze: pospolite ruszenie Amerykanów. Prawyborom towarzyszy olbrzymia frekwencja. Telewizje pokazują długie kolejki cierpliwych ludzi spokojnie czekających na oddanie głosu. Więcej niż zwykle jest też uczestników wieców poszczególnych kandydatów – choć szczególną frekwencję nakręca celebryta i showman Donald Trump.
Po drugie: Partia Demokratyczna przesunęła się – dzięki Berniemu Sandersowi – w lewo, a Partia Republikańska – dzięki Tedowi Cruzowi i „niepoprawności politycznej” Trumpa – w prawo. To proces wcześniej niespotykany, bo w okresie wyborczym obie partie zwykle, zgodnie z radą swoich strategów, schodziły do środka i walczyły o mityczne „centrum”. Tymczasem teraz oba ugrupowania się rozjeżdżają. Po trzecie: establishment Partii Republikańskiej poniósł klęskę. Obaj najbardziej liczący się kandydaci do partyjnej nominacji prezydenckiej są jego przeciwnikami – z wzajemnością. Może dojść do tego, że republikańska elita będzie zmuszona połknąć własny język i poprzeć więcej niż nielubianego przez nią Cruza, aby zablokować marsz Trumpa.
Po czwarte: można zaobserwować dość znaczące „uruchomienie” w tych wyborach wyborców dotąd niegłosujących. Ci, którzy dotąd nie znosili polityki i przeklinali polityków, uwierzyli tym, którzy krytykują – to delikatne określenie – klasę polityczną. Antyestablishmentowi Sanders i Trump (nawet jeśli ten drugi przez dekady był częścią tegoż establishmentu) przyciągnęli tych, dla których Waszyngton to siedlisko zła. W jakiejś mierze dotyczy to także Cruza – senatora z Teksasu, który przez kilkanaście godzin potrafił blokować mównicę w wyższej izbie Kongresu, co wystarczyło, wraz z ostrą retoryką, by zostać uznanym za „wroga elit”.
Szklany sufit
Po piąte: pokazała się młoda Ameryka. Uruchomił ją, trzeba przyznać, Barack Hussein Obama (tak o nim zawsze publicznie mówi dziennikarz John Kennedy) w kampanii w roku 2008. Teraz starszy pan, socjalista Bernie Sanders miał kampanijny aktyw złożony w dużej mierze z ludzi, którzy mogliby być jego wnukami. Ale każdy, kto widział, iluż młodych Amerykanów gromadzi Trump i słyszał owacje, jakie urządzają Cruzowi czy Marco Rubio (prawie bębenki mi pękały...), zrozumie, o czym piszę. Ci studenci, uczniowie, początkujący biznesmeni bądź po prostu młodzi ludzie pracujący w firmach swoich rodziców uznali, że trzeba amerykańskie sprawy wziąć w swoje ręce. Cóż, to nie były moje pierwsze wybory prezydenta USA. Te pierwsze były niemal ćwierć wieku temu, gdy pierwszy raz wygrywał Bill Clinton, a niespodziewanie dużo głosów dostał startujący jako niezależny kandydat miliarder Ross Perot, taki ówczesny, mniej skuteczny i mniej wyszczekany Trump. Ale teraz, w Stanach Zjednoczonych A.D. 2016, rola młodych jest jednak większa niż wtedy. Może wiąże się to z poczuciem, że także za wielką wodą istnieje dla młodego pokolenia „szklany sufit”, który oni przede wszystkim mogą rozbić? To naprawdę nie tylko polska, nie tylko europejska specyfika.
Po szóste: znowu analogia – wiadomo, bliższa koszula ciału – do wyborów w Polsce. Chodzi o olbrzymią rolę mediów społecznościowych oraz lokalnych. Stały się one, jeśli nie ważniejsze od telewizji, to przynajmniej tak samo ważne. W kuluarach waszyngtońskiego Gaylord Hotel, gdzie odbywała się doroczna Conservative Political Action Conference, widziałem dziesiątki poważnych polityków i prawicowych „trendsetterów”, którzy cierpliwie udzielali wywiadów nie CNN (odpowiednik TVN24) czy Fox News (trochę jak TVP czy TV Republika), lecz małym kamerkom różnych lokalnych portali czy radiostacji. Skądinąd cała kampania „anty-Trump” w ramach Partii Republikańskiej zaczęła się właśnie od internetu, by później przenieść się do wypowiedzi jego konkurentów, aż wreszcie zinstytucjonalizować się w postaci oficjalnego stanowiska elity partii symbolizowanej przez słonia.
Patrzmy uważnie
To Indie, a nie USA są największą demokracją świata. Ale nawet czyniąc taką korektę, doskonale wiemy, że nie tyle sama kampania wyborcza w Stanach, ile jej polityczny rezultat będzie miał wpływ globalny, w tym na Europę, w tym na nasz region. Dlatego tak ważny jest chłód pani Clinton wobec Kremla, naiwny egocentryzm Trumpa w tym kontekście czy też tradycyjna, konserwatywna nieufność wobec niegdysiejszego Związku Sowieckiego i komunizmu, a dziś wobec Rosji w wykonaniu Teda Cruza. To ważne tym bardziej, że ktoś z tej trójki będzie w styczniu 2017 r. wprowadzał się do Białego Domu, a jego kichnięcie może dla Polski oznaczać zapalenie płuc...