Czy nowy początek?
Dużą zmianą, jaką przyniosły wybory parlamentarne, jest klęska Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ukrytego za szyldem Zjednoczonej Lewicy.
W publicystyce i debacie publicznej uprawianej w skrajnie uproszczony sposób, choćby na portalach społecznościowych, popularna jest teza, że to Razem „zdekomunizowała” kolejny parlament, sprawiając nieoczekiwany prezent Prawu i Sprawiedliwości. Ale rzeczywistość jest znacznie ciekawsza. Oczywiście, SLD i środowisko Palikota nigdy nie wybaczy Razem, że ośmieliła się stanąć w wyborach osobno – z czego chętnie sobie pokpiwano w czasie kampanii wyborczej, gdy wiele jeszcze wskazywało, że ZL nie tylko uda się pokonać ośmioprocentowy próg wyborczy, ale i zrobić sporą nadwyżkę. Nie wybaczy im także utraty rządu dusz.
Przewidziana porażka
Stara lewica właściwie od swojego początku naprawdę solidnie pracowała na własną klęskę. Okazuje się przy tym, że istotny dla parlamentarnych roszad elektorat Ruchu Palikota, trzeciej siły w parlamencie w 2011 r., w znacznej mierze przepłynął do Kukiza ’15 (25,2 proc.) i, co jeszcze ciekawsze, do partii KORWiN (15,7 proc.). To nawet zabawne, jeśli pomyślimy, jak bardzo w tych formacjach nie lubią różnorakiego „lewactwa”. Poza tym tylko 15,2 proc. byłych wyborców Palikota poparło Zjednoczoną Lewicę, a blisko 13 proc. – Razem. Co istotne, elektorat SLD z 2011 r. – choć nadal dość zdyscyplinowany – w blisko 40 proc. odpłynął od tego ugrupowania. W największym stopniu poparł Platformę Obywatelską (9,4 proc.), następnie Prawo i Sprawiedliwość (7,5 proc.). I tylko 5,4 proc. dawnego elektoratu SLD zdecydowało się poprzeć Razem.
Na marginesie: aż 14 proc. elektoratu centroprawicowej formacji Polska Jest Najważniejsza w tych wyborach parlamentarnych poparło... właśnie partię Razem. Wszystko to pokazuje, że w Polsce wciąż mamy do czynienia w dość istotnej części z bardzo chaotycznym elektoratem, którego „biografie wyborcze” są – to eufemizm – mocno niestabilne. Najpewniej ta sytuacja się nie zmieni, gdyż spora część aktywnego elektoratu nie jest lojalna wobec ugrupowań, idąc każdorazowo za lepiej lub gorzej odczytywanym własnym interesem politycznym.
Społeczne oczekiwania
Z perspektywy powyborczej pewne są dwie sprawy. Po pierwsze: mamy pierwszy w III RP centroprawicowy parlament, w części opanowany przez różnej maści zwolenników skrajnie liberalnych rozwiązań, rozrzuconych po takich formacjach jak Kukiz ’15, Platforma Obywatelska, Nowoczesna. Niewykluczone, że najbardziej solidarystyczny program społeczno-gospodarczy z pozycji partii prawicowej będzie realizowało w najbliższej kadencji Prawo i Sprawiedliwość, ale to czas pokaże.
Niemniej zwycięskie ugrupowanie zaciągnęło spore zobowiązanie względem swojego bardziej prosocjalnego elektoratu. Zwraca na to uwagę Remigiusz Okraska, redaktor naczelny „Nowego Obywatela”, w rozmowie z Państwową Agencją Prasową: „Powtarza się fenomen, który wydarzył się już w 2005 r., gdy PiS bardzo sprawnie zagospodarował elektorat socjalny, który bardzo często w innych krajach jest elektoratem lewicy. PiS bardzo dobrze wyczuwał frustracje społeczne, oczekiwania związane ze sferą socjalną, materialną, bytową. Stąd jego postulaty obniżenia wieku emerytalnego, postulaty stałych zasiłków na dzieci. Wydaje się, że PiS ograł lewicę”.
Przyszłość lewicy
A co się wydarzy na pozaparlamentarnej lewicy? Cóż, można powiedzieć: niech wygra najlepszy. Warto jednak bliżej przyjrzeć się sytuacji. Sojusz Lewicy Demokratycznej jest poważnie osłabiony i z całą pewnością doświadczy nieuniknionych w sytuacji klęski odpływu wpływów, pieniędzy, ludzi ze struktur. Ale chyba jest wciąż dość silny, by na dłuższą metę podjąć walkę o powrót na parlamentarną scenę. Także dlatego, że SLD ma dość znaczącego sojusznika, czyli część związków zawodowych. Jest oczywiste, że NSZZ „Solidarność” pozostaje poza wpływami postkomunistów. Ale OPZZ będzie stanowiło naturalną, dość istotną siłę w ramach rozgrywki politycznej. Barbara Nowacka już w wieczór wyborczy sugerowała, że SLD będzie zdolne „wyjść na ulice”. Zapewne nie samo – ale właśnie z pomocą OPZZ-etu. Z pewnością z jednej strony będzie to walka przeciw rządzącej partii, z drugiej – walka z pozaparlamentarną konkurencją na lewicy, czyli właśnie z Partią Razem. Poza tym pewne sygnały ze środowiska SLD wskazują, że dużo miejsca jego działacze poświęcą na bezpardonowe zwalczanie nagle wyrosłej konkurencji. I że szybko nie zapomną doznanego właśnie upokorzenia.
Z kolei Razem właściwie wciąż zaczyna od podstaw. Ma po temu jednak dobre narzędzie – dofinansowanie z budżetu [ponieważ otrzymała powyżej 3 proc. poparcia – red]. Kinga Stańczuk, jedna z działaczek Razem, współtwórczyni dość istotnego dla ideowych źródeł tej formacji portalu Nowe Peryferie, tak opisuje zadania swojej formacji w nadchodzącym czasie: „Teraz w Sejmie nie znajdzie się głos lewicy i dlatego trzeba zrobić wszystko, aby był słyszalny poza nim – budujmy własne instytucje, struktury, politykę historyczną, własne ośrodki badawcze. Już mamy do tego narzędzia. Opozycję zaczynamy budować dzisiaj”.
Efekt Zandberga
Sądzę, że Razem ma szanse poradzić sobie z tym wyzwaniem – znaczna część ludzi tego ugrupowania ma za sobą lata działalności społecznej, samoorganizacji i aktywności na niwie środowisk i w instytucjach działających „na dole” społeczeństwa obywatelskiego. To jeden z istotnych elementów, który przeoczyła stara konkurencja Razem i duża część publicystów. Otóż tzw. efekt Zandberga, czyli nagły skok popularności, w ogóle mógł zadziałać, ponieważ formacja ta miała już w mrówczy sposób zbudowane struktury, dzięki którym była w stanie „skonsumować” go w dniu wyborów. Pytanie, jak poradzą sobie z wyzwaniem, którym będzie nagły dopływ budżetowych pieniędzy. Może to być nie mniejsze wyzwanie niż agresywna konkurencja ze strony SLD.
Dla losów pozaparlamentarnej lewicy ważne jest także coś innego. Kompletne fiasko agresywnego, antyklerykalno-obyczajowego modelu „lewicowości” à la Palikot pokazuje, że na tym fundamencie nie da się budować niczego trwałego na lewicy. Owszem, na poziomie medialnym łatwo zaistnieć dzięki mocno postawionym postulatom lewicy obyczajowej, ale w praktyce społecznej widać, że tego typu elektorat jest dość niestabilny i niekoniecznie zbieżny ze zbiorem: „elektorat socjalny”. Tym bardziej że mamy w III RP dość mocny prosocjalny elektorat o bardziej konserwatywnej „naturze obyczajowej”. I to chyba on przez długie jeszcze lata będzie stanowił wyborczą bazę dla wielu ugrupowań politycznych.