Tsunami
Podróże kształcą. Podczas niedawnego pobytu w Tajlandii szukałem śladów wielkiego niszczycielskiego tsunami z grudnia 2004 r., które pochłonęło blisko 300 tysięcy ludzkich istnień.
Dziś ruin jest już niewiele, wyrosły nowe hotele, odbudowano restauracje. Jedynym wspomnieniem kataklizmu jest pomnik z policyjną motorówką, przeniesioną przez falę dwa kilometry od brzegu.
Jak zwykle rodzi się pytanie: czy tragedii można było zapobiec? Po gwałtownym podmorskim trzęsieniu ziemi ostrzec ludność, ewakuować hotele, a gdy morze zaczęło się gwałtownie cofać, po prostu rzucić się do ucieczki. Inna sprawa, że na mojej wysepce, płaskiej jak flądra, nie byłoby dokąd uciec. Może na najwyższe piętro... Ale były tylko dwa.
Co zawiodło przed dziesięciu laty? Wszystko! Zabrakło prognoz, systemu ostrzegania, procedur.
Oczywiście tsunami zdarzają się nie tylko w tektonice. Co jakiś czas dochodzi do nich w życiu społecznym. Fala niezadowolenia zmiata wówczas równo wszystko, co napotka na swojej drodze.
Mój osobisty sejsmograf mówi, że w naszych regionach może wkrótce dojść do gwałtownych wstrząsów politycznych o nieobliczalnych skutkach. Obawiam się jednak, że może się okazać, iż na takie tsunami tradycyjnie nie są przygotowani ani plażowicze, ani fala...