Logika Tamerlana
Znakomity redaktor zaprzyjaźnionego tygodnika opublikował ciekawy tekst, w którym, nie zawracając sobie głowy dowodami i wątpliwościami od strony technicznej, postanowił udowodnić absurdalność tez o z
Wyobraźmy sobie któregoś z potomków Timura Kulawego, który postanawia odbudować swoje nadwątlone imperium. Jego działania mogą wydawać się nielogiczne i nieproporcjonalne – aby zdobyć władzę, nie waha się niszczyć własne miasta i zabijać przypadkowych ludzi, nakazuje mordować wrogów nawet wówczas, gdy przestali być zagrożeniem, „choćby w wychodku” (londyńskiej restauracji). Czy jest więc tak bardzo nieprawdopodobne wciągnięcie w pułapkę delegacji formalnie zaprzyjaźnionego chanatu i utopienie jej na bagniskach pod osłoną mgły?
Nie przysporzy mu to, rzecz jasna, sympatii w szerokim świecie, ale nie o sympatię tu chodzi.
„Tamerlanek”, chcąc wskrzesić imperium, musi wzbudzać mir i strach u swoich (ciągle tęskniących za Wielkim Timurem) i obcych. Jak? Np. zabijając bezkarnie wodza (wraz ze świtą) teoretycznej koalicji Bliskiej Zagranicy. Pokazuje w ten sposób reszcie: żadnych marzeń, żadnych alternatyw. Wie, że reszta świata z wygody przyjmie wersję mgły, niekompetentnych przewodników i nieprzewidywalnych błot. Choć swój podpis na zbrodni zostawi. Ku przestrodze. Testuje ten rodzaj polityki przed dalszymi posunięciami, bada, jak daleko może się posunąć. I wie, że daleko. Kontynuuje hołdowanie sąsiadów, upokarza potencjalnych przeciwników, śledzi reakcje (lub ich brak) wielkich rywali. I posuwa się naprzód, hołduje rozmaitych Scytów, Drewlan, okrawa Kolchidę, wspiera podziały wśród Sarmatów. Czy nie ma w tym logiki?
Okrutnej, strasznej azjatyckiej? Ale wobec celu generalnego – jakże konsekwentnej.