Lechu według Semki
Piotr Semka nie należy do fanklubu Lecha Wałęsy. W „Lewym czerwcowym" wcześniej niż inni obnażył prawdę o bohaterze swojej młodości.
Nie sztuką jest Wałęsę potępiać, dużo trudniej jest go zrozumieć. Łatwo malować go w jednoznacznych tonacjach, trudniej odtworzyć tę postać z użyciem wszystkich kolorów i półcieni. Przyznać, że bywał mały, aż poza granice śmieszności, ale również był wielki na stoczniowej koparce czy w Kongresie USA.
Semka nie dyskutuje z faktami – TW „Bolek" był bytem realnym, podobnie jak kiepska prezydentura Wałęsy i jeszcze gorsze wszystko to, co po niej nastąpiło – ale ich nie dopisuje. Nie przedstawia hipotez jako oczywistości. Jeśli świadectwa ubeckie twierdzą, że „Bolek" im się urwał, jeśli władze PRL-u z Mieczysławem Rakowskim mówią, że ich oszukiwał, zwodził i ogrywał – nie ma powodu, żeby im nie wierzyć. Semka przedstawia Wałęsę jak surfera, który całe życie musi zmagać się z kulą u nogi w postaci wczesnej współpracy z SB. Nie był w stanie jej zerwać, choć wiele razy miał okazję wyznania prawdy, a podczas dramatycznego 4 czerwca 1992 r. był blisko. Wybrał mataczenie, niszczenie dowodów. Przy wielkiej fali kula u nogi zdaje się nic nie ważyć, w chwilach dekoniunktury bywa jak kamień młyński u szyi.
Semka nie neguje zalet swojego bohatera, ale i nie umniejsza koszmarnych wad. Nie pozbawia go też roli, którą odegrał, kończąc refleksją własnego ojca: „W roku 1918 mieliśmy Piłsudskiego – w roku 1989 już tylko Wałęsę".
Świetna, mądra książka.