Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tomasz P. Terlikowski,
15.08.2013 19:17

Sierpniowe wyrzeczenie

Abstynencja w sierpniu (a może i przez cały rok) ma głęboki sens. Warto ją podejmować.  

Abstynencja w sierpniu (a może i przez cały rok) ma głęboki sens. Warto ją podejmować.
 
Sierpniowe wezwanie Episkopatu do abstynencji stało się już od dawna polską tradycją. I jak wiele tradycji nie jest szczególnie gorliwie praktykowane. Wierni słuchają oczywiście listu (w tym roku bardzo mocnego i skierowanego przede wszystkim do mężczyzn), a potem puszczają go mimo uszu i biegną na plaże, w góry albo gdzieś do Chorwacji, by tam – a jakże, w sierpniu – oddawać się gorliwej konsumpcji napojów wyskokowych. A wszystko dlatego, że oni przecież nie mają problemu z alkoholem, dlaczego więc mieliby odmawiać go sobie w czasie odpoczynku, dlaczego mieliby rezygnować z czegoś, co nie jest złem, a pozwala odstresować się czy odpocząć?

Argument ten jest jednak kompletnie pozbawiony sensu. Wezwanie do sierpniowej abstynencji nie jest skierowane do tych, którzy mają z alkoholem problem. Dla nich abstynencja, i to całkowita, a nie tylko sierpniowa, jest jedynym rozwiązaniem. Alkoholik (a termin ten oznacza właśnie kogoś, kto ma problem z alkoholem) jeśli chce zacząć normalnie żyć, musi przestać pić, i to już na całe życie. Piwko, winko nigdy nie będą mu już towarzyszyć. Czasowa abstynencja to zaś wybór dla tych, którzy chcą duchowo walczyć ze skutkami alkoholizmu w Polsce, czyli dla ludzi mogących spożywać alkohol.

Po co mieliby oni rezygnować z picia? Odpowiedź jest prosta. Otóż alkoholizm (sam w sobie jest chorobą, a zatem od pewnego momentu trudno w jego przypadku mówić o grzechu) jest związany z ogromną liczbą grzechów, zranień, upadków, a także struktur grzechu. W Polsce często zaczynamy pić, bo wszyscy wokół naciskają na wspólne wypicie. „Nie pijesz, więc kapujesz”; „jak to, z nami nie wypijesz?”, wręczanie flaszek w podziękowaniu za dobrze wykonaną pracę – to wszystko jest u nas standardem, który przekształca się w strukturę alkoholiczą, strukturę, która prowadzi ludzi do grzechu, a potem do choroby. Przerwanie tego kręgu wymaga ofiary konkretnych osób, które najpierw nauczą się same rezygnować z alkoholu (który sam w sobie jest obojętny moralnie, a może być nawet pewnym dobrem, jak dobre wino do dobrego obiadu), potem pokażą, że można odmawiać jego spożywania i świetnie się bawić bez niego (w Polsce istnieje już cały ruch wodzirejów bezalkoholowych wesel), a na koniec oddadzą swoją rezygnację (bo czasem jest trudno nie napić się znakomitej nalewki babci albo pysznego włoskiego wina) Bogu, by on ten niewielki krzyż wykorzystał w walce duchowej o dusze alkoholików i o dobro ich rodzin.

A jest o co walczyć. I widać to nawet z perspektywy mikro. Już w mojej podstawówce widziałem pierwszych kolegów, którzy odpadali ze szkoły, rezygnowali z nauki, bo zaczynali (na Pradze to wcale nie było rzadkie) już w czwartej czy piątej klasie pić. A potem widziałem osuwających się w alkoholizm kolegów z pracy (wśród dziennikarzy to też częsta przypadłość), znajomych przepijających swoje firmy i rozbijających rodziny, bo przecież nie mogli odmówić kontrahentom, i zaczynali pić codziennie, aż wreszcie w pewnym momencie przestawali to kontrolować. Widziałem też księży, którzy już od rana byli na lekkim rauszu, i wszyscy udawali, że tego nie dostrzegają. O dzieciach, które cierpiały z tego powodu (mówię o świeckich, a nie o księżach). O kobietach, którym niszczyło to życie, nie będę w ogóle wspominał, bo te historie wszyscy znają.

I właśnie dla nich, dla dzieci, ale także dla wspaniałych często kobiet i mężczyzn, którzy w alkoholu topią własne problemy, warto podjąć sierpniową (a może nie tylko, znam przynajmniej jednego polityka, który wyboru takiego dokonał na całe życie) abstynencję.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej