Wzniosłość i błazeństwo
Wybierając się na urlop, zwykłem brać przeciętnie jedną książkę na każdy dzień odpoczynku, plus trochę tematów do przemyśleń, w ramach bagażu podręcznego. Ostatnio fascynuje mnie jedna cecha współczesnego świata – brak powagi. Coś jak gdyby
Ostatnio fascynuje mnie jedna cecha współczesnego świata – brak powagi. Coś jak gdyby cała ludzkość z walkmanami na uszach przebrała się w krótkie majtki.
Kiedy się to zaczęło i skąd się wzięło? Z kultu młodości, z chęci bycia atrakcyjnym zawsze i za wszelką cenę, z wbijanego codziennie przekonania, że żyje się tylko tu i teraz – przeszłości nie ma, a przyszłości nie będzie? W którym momencie dodatki mające za cel ocieplić wizerunek polityka (jak słynne anegdoty Reagana) stały się ważniejsze od przekazu? Kiedy zaczęło się owo pozorne spoufalanie wszystkich ze wszystkimi – od kiedy obowiązkiem prezydentów jest uczęszczanie do kretyńskich show? Kiedy do lamusa odchodziły pojęcia takie jak honor, cnota, rzetelność, odpowiedzialność, prawda? I zadeptana na użytek polityki – przyzwoitość!?
W każdym razie, znaczna część ludzkości weszła na tę drogę. Jak się okazało – jednokierunkową. Im potężniejsze były media i im głupszy target reklamowy, tym świat stawał się mniej poważny. Mądrość jest nudna. Myślenie męczy. Od skomplikowanych problemów politycznych czy ekonomicznych lepiej sprzedaje się porwane dziecko, ksiądz pedofil czy niedźwiedź na wrotkach.
W efekcie wszystko zostaje przykrojone do formatu sitcomu czy reality show. Oczywiście styl narzucany przez mainstreamowe elity schodzi na dół, zostaje zaakceptowany jako swojski. Nie ma w nim miejsca dla sacrum czy realnego autorytetu. Naćpany bloger może bezkarnie nawrzucać supermyślicielowi, i co mu zrobią? W sieci wszyscy mają jednakowe prawa.
Wstyd okazuje się przeżytkiem, bezwstyd „is cool”. Sumienie unieważniono. Największe tragedie porównywane są z „instalacjami” pseudoartystów.