Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
21.08.2020 18:00

Sportowiec dżentelmen

Historia świata i Polski składa się z czynów jednostek, ludzi znanych, mniej znanych, zupełnie nieznanych czy niesłusznie zapomnianych. To czyny jednostek tworzą dzieła wspólnoty. Fascynująca jest na przestrzeni wieków siła polskości. To przyciąganie ludzi i rodzin innych nacji, asymilowanie, polonizowanie przez pokolenia albo od razu, natychmiast. W setną rocznicę zwycięstwa nad Armią Czerwoną oraz uratowania Polski i Europy przed komunizmem chciałbym wspomnieć w tym miejscu o wielkim polskim patriocie, noszącym niemieckie nazwisko, służącym ojczyźnie i wtedy, gdy nie było jej na mapie i wtedy, gdy już była, w boju i trudzie wykuwając swoje granice i byt państwowy. Ten człowiek to Stefan Loth.

Był żołnierzem w wojnie polsko-sowieckiej, walczył o Polskę na froncie, a w czasach wolności godnie reprezentował jej barwy jako sportowiec i oficer.

Walczył z Ukraińcami, a potem bolszewikami

Stefan Loth – mówiono o nim „sportowiec dżentelmen”. We wspomnieniach pisano o nim tak: „Należał do starej gwardji sportowców, których wojna uczyła walczyć. Cnoty, które zdobył na polu walki, przeniósł na boisko sportowe. Dawał przykład, jak należy w dżentelmeński sposób walczyć do ostatniego tchu, z ambicją i najwyższą odwagą”.

Urodził się w 1896 r. jako syn ewangelickiego pastora Augusta Lotha. Gdy miał 14 lat, ojciec został proboszczem parafii Świętej Trójcy w Warszawie – rodzina Lothów została w stolicy już na zawsze. Stefan miał trzech braci: Jana, Wacława i Wiktora. Wszyscy grali w warszawskiej Polonii – pastor Loth był jej prezesem od 1919 r. Wiktor wkrótce zresztą został prezesem Warszawianki. Stefan grał w piłkę i tenisa, ale przyszedł czas, gdy sportowe buty trzeba było zawiesić na kołku. Absolwent warszawskiego gimnazjum filologicznego im. Mikołaja Reja, powołany do rosyjskiego wojska, szybko odnalazł się w polskim korpusie gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego. Gdy Polska odzyskiwała niepodległość, uczestniczył w tworzeniu Legii Akademickiej – militarnej formacji warszawskich studentów, a potem służył w 36. Pułku Legii Akademickiej. Walczył o polskość Małopolski Wschodniej z Ukraińcami. W styczniu 1919 r. pułk wkroczył do Lwowa. W walkach pod miastem odniósł wielkie straty: Stefan ostał się jako jedyny oficer w dwóch kampaniach karabinów maszynowych.

Polska i Polonia w sercu kapitana Lotha

Po walkach z Ukraińcami przyszła kolej na bolszewików. Do historii przeszła jego misja wywiadowcza na opanowanym przez Rosjan lewym brzegu Dniestru: Loth przeniknął pięć kilometrów w głąb terytorium wroga, zdobył informacje o sile i rozmieszczeniu czerwonoarmistów, a wracając, wziął do niewoli siedmiu bolszewików i karabin maszynowy.

Drugi raz odznaczył się w pościgu za Sowietami po zwycięstwie pod Radzyminem. Mając do dyspozycji zaledwie 80 żołnierzy, pod Lachowcami uderzył na tabory wroga. Mimo kontrataku jego oddział uprowadził 823 jeńców, w tym kilkunastu oficerów. Dowodził ranny, z przestrzelonym kolanem, krwawiąc – leżąc na zdobycznej dwukółce… Za tę akcję odznaczono go Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari V klasy, czterokrotnie otrzymał też Krzyż Walecznych. Stał się, jak później pisano, „żywą tradycją Pułku”.

Po zwycięskich zmaganiach na kilku frontach w wojnie o niepodległość Stefan Loth został w armii jako kapitan, a jednocześnie nadal grał w piłkę z braćmi. Prasa sportowa odróżniała ich, pisząc: „Loth I” (Stefan), „Loth II” (Jan ), „Loth III” (Wiktor), „Loth IV” (Wacław).

W wieku 29 lat był piłkarzem o największej liczbie rozegranych meczów w barwach Polonii – miał ich 181. Nazywano go „mózgiem Polonii”. Grał ostro – ale fair. W kwietniu 1926 r. rozegrał dwusetny mecz w barwach Polonii. Do historii przeszło zdjęcie uścisku dłoni z innym wielkim piłkarzem, kapitanem reprezentacji Polski i krakowskiej Wisły, Henrykiem Reymanem.

Stefan Loth dwukrotnie z Polonią był wicemistrzem Polski (1921, 1926 r.). Grał w sumie przez 10 lat. Przestał grać, ale nadal „był” w piłce. Został selekcjonerem Biało-Czerwonych, a później wiceprezesem swojej ukochanej Polonii. Ciekawe, że tylko raz grał w kadrze Polski (1926 r., przeciwko Estonii), pełnił też funkcję rezerwowego w historycznym, bo pierwszym meczu naszej reprezentacji – z Węgrami w 1921 r. Grając w piłkę, jednocześnie został mistrzem Armii Polskiej w tenisie (1927 r.) i reprezentował Polskę na szczeblu międzynarodowym, grając w mikście z legendarną Jadwigą Jędrzejowską, najlepszą tenisistką w polskich dziejach (obok Agnieszki Radwańskiej). Ożenił się z Wandą Kwaśniewską – też zawodniczką Czarnych Koszul. Wanda była pięciokrotną mistrzynią Polski w sprintach i w sztafecie oraz 11-krotną rekordzistką kraju. Mieli trójkę dzieci: najstarszą Janinę, Wiesława i najmłodszą Hanię.

Śmierć w Bałtyku – legenda została…

Stefan Loth był jednym z najbliższych współpracowników inspektora armii, gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, ulubieńca marszałka Piłsudskiego.

Patrzę na zdjęcie gen. Orlicz-Dreszera i jego współpracowników z lipca 1936 r., zrobione w 2 Pułku Lotniczym w Krakowie. Na fotografii jest sześciu ludzi w wojskowych mundurach. Równo dwa tygodnie potem trzech z nich: sam generał, pilot kapitan Aleksander Łagiewski oraz właśnie podpułkownik Stefan Loth wsiedli na pokład samolotu RWD-9. Lecieli z Warszawy w kierunku Bałtyku: na statku MS „Piłsudski” z USA wracała do Polski żona gen. Orlicz-Dreszera. Gdy silnik samolotu doznał awarii, pilot próbował lądować na plaży lub wodować, ale podmuch wiatru to uniemożliwił. Samolot spadł do morza. Natychmiastowa akcja ratunkowa nie zakończyła się powodzeniem. Zginęli wszyscy oficerowie WP będący na pokładzie.

Uroczysta ceremonia pożegnania generała i jego szefa sztabu – podpułkownika Lotha oraz pilota odbyła się na Wybrzeżu, na Oksywiu. Pogrzeb Stefana Lotha odbył się w Warszawie – właśnie minęły 84 lata od tego wydarzenia. Jedna z warszawskich gazet napisała: „Stefana Lotha nie ma na świecie. Zginął na posterunku jak sportowiec. Jesteśmy pewni, że śmiało zajrzał w oczy śmierci, podobnie jak bez zmrużenia oka szedł naprzeciw bolszewickim kulom”.

Stefan Loth na trwałe wszedł do historii Warszawy, polskiej armii i polskiego sportu. Sportowe tradycje kontynuowała najmłodsza córka Hanna. Była koszykarką klubu, jakże inaczej, warszawskiej Polonii, wiele razy reprezentowała nasz kraj w meczach międzypaństwowych. Przed jedenastoma dniami uczestniczyła w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego w wydarzeniu promującym książkę „Sportowcy dla Niepodległej.

Opowieść na stulecie Bitwy Warszawskiej”, która opowiada o wielkich polskich sportowcach, m.in. o jej ojcu, którzy przed stu laty bronili ojczyzny przed Sowietami. Ta ważna i potrzebna pozycja jest kolejnym dziełem przybliżającym polskich sportowców-bohaterów z cyklu zapoczątkowanego i kontynuowanego przez krakowskie autorki: Aleksandrę Wójcik i Magdalenę Stokłosę. Wydał ją Instytut Łukasiewicza z inicjatywy jego prezesa Macieja Zdziarskiego. Mam prawdziwy zaszczyt być autorem przedmowy do tej książki. Książki przybliżającej ludzi, którym Polska zawdzięcza tak wiele. I dobrze, że Polska pamięta.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane